Gaszenie pożaru rozpuszczalnikiem

Już Liza Minelli w kultowym przeboju „Kabaretu” przekonywała, że to właśnie pieniądze kręcą światem. „Money makes the world go round” – wyśpiewała niezapomniana artystka.

Podobnie uważał dr Konstanty Radziwiłł, kiedy jako prezes Naczelnej Rady Lekarskiej w latach 2001-2009, wiele razy podpisał się pod dezyderatami zwiększenia wynagrodzeń lekarzy specjalistów do trzech średnich krajowych. W kręgach ówczesnej władzy był wręcz znany ze swej determinacji. Ostatnio wyraźnie zmienił kurs, który doprowadził go do dymisji i środowiskowej niesławy. Mam nadzieję, że nowy minister zdrowia prof. Łukasz Szumowski wie, że nawet najnowocześniejsza aparatura bez wynagrodzeń dla fachowców raczej nocuje w szpitalach niż pracuje i służy pacjentom.

Pieniądze niejedno mają imię

Teraz dostojnicy państwowi oraz przedstawiciele lekarzy rezydentów znów mówią o pieniądzach. Najchętniej w dziennikach telewizyjnych, gdzie wyjęte z kontekstu kilkunastosekundowe migawki można interpretować, jak się chce. Okazuje się, że pieniądze niejedno mają imię. W ustach dzielnych rezydentów brzmią jako publiczne fundusze na leczenie ludzi, a w ustach przebiegłych polityków jako kasa do kieszeni pazernych lekarskich żółtodziobów, którzy nawet jeszcze dobrze nie zmierzyli się z wyzwaniami w zawodzie, a już podskakują. „– Ci lekarze, którzy odmawiają pracy na dyżurach, robią to z rozmysłem, aby skomplikować pracę szpitali, sparaliżować je” – przekonywał Radziwiłł na antenie RMF FM. Minister próbuje zaklinać rzeczywistość i zaprzecza samemu sobie. Jego zdaniem, sytuacja w polskich placówkach ochrony zdrowia „jest pod kontrolą”. Tylko że minister gasi pożary tak jakby pomylił hydrant z dystrybutorem paliw. Zgodnie z jego rozporządzeniem, dyrektor szpitala będzie mógł teraz zdecydować, że np. na chirurgii będzie dyżurował ginekolog, a na neurologii i laryngologii internista, który jednocześnie będzie doglądał chorych na oddziale chorób wewnętrznych i „dochodził” do punktu nocnej pomocy lekarskiej. Zaproponowane rozwiązanie, podobnie jak wprowadzenie zmianowej pracy dla lekarzy, ma osłabić skutki wypowiadanych przez medyków klauzul opt-out.

A niech sobie jadą!

Przypominam, szczególnie dzisiejszej młodzieży lekarskiej, że w 1980 roku to właśnie trzydziestolatkowie (miałem wtedy 27 lat), a nie jakaś tam starszyzna zawodowa, pokazali ówczesnemu reżimowi środkowy palec. Przyszło nam za to znosić blisko dziewięć lat gorzkich upokorzeń. Dyrekcje szpitali pomiatały nami, nakazowo wpisując w umowie o pracę obowiązek pełnienia sześciu dyżurów zakładowych miesięcznie. Nierzadko kończyło się na dziesięciu i więcej. A na niepokornych czekały niekończące się oddelegowania na zastępstwa do gminnych ośrodków zdrowia i pogotowia ratunkowego. Spora część mojego pokolenia nie wytrzymała tej presji. Bo nie można od wszystkich wymagać heroizmu. Wielu moich przyjaciół osiedliło się i doczekało godziwej emerytury na odległych kontynentach. Chociaż przecież szeptali mi na ucho, że wyjeżdżają, aby przeczekać komunę i zły czas. Ja też pracowałem trzy lata w Afryce. Czy oni teraz są szczęśliwi? Jedni tak, inni mniej. Czasem chlipią mi w rękaw w nocnych rozmowach na skypie zza oceanów, że w Polsce i tak ich teraz nikt nie zechce.

Kiedy dziś znów z ław sejmowej prawicy słyszę aroganckie i złowieszcze słowa „A niech sobie jadą!”, to przeżywam jakieś koszmarne deja vu. Przecież tak samo kpił z mojego pokolenia apologeta stanu wojennego Jerzy Urban. Po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej kilkakrotnie odwiedzałem setki polskich lekarzy, którzy znaleźli swoje zawodowe spełnienie w Szwecji, Danii, Hiszpanii, Niemczech, Holandii i Irlandii Północnej. Powiem krótko – mało kto z nich zdecydował się na powrót do Polski. A jeśli im się nie ułożyło tam, to wyruszali jeszcze dalej w świat. Czyżby historia tak szybko się powtórzyła?

No to o co chodzi?

Od 28 lat żaden minister zdrowia nie określił koszyka świadczeń! A to jest przecież fundamentalna informacja, na co pacjent może liczyć w ramach darmowej pomocy, a no co nie. Bez niej ochrona zdrowia stanie się ruletką, gdzie pierwszy zwycięzca bierze wygraną, a krupierzy i kasyno resztę. To jest praprzyczyna wszystkich problemów służby zdrowia. Innym źródłem frustracji jest fatalna organizacja pracy lekarzy. Niczym konie w kieracie, zaprzęgnięto młodych i starszych do sprawozdawczości bez nowoczesnych narzędzi informatycznych. Gabinet lekarski, za zamkniętymi drzwiami i przyciemnionymi żaluzjami, przestał być dla pacjenta oazą intymności niczym konfesjonał. To jest coraz częściej raczej filia biura NFZ niż pokój badań i ludzkich zwierzeń o swojej chorobie i nieszczęściu. Na jedną godzinę pracy lekarskiej przypada kilka godzin pracy biurokratycznej, wypełniania druków etc. „Gdyby wykorzystać wiedzę merytoryczną lekarza tak, żeby np. 50 minut na godzinę poświęcał bez reszty pacjentowi, a 10 minut biurokracji, problemów byłoby mniej. Niestety, ponieważ lekarz jest źle opłacany, a więc i odarty z szacunku, to obarcza się go dodatkową papierkową robotą” – zauważa Maciej Hamankiewicz, prezes NRL.

Cicha gra KTO KOGO?

Wygląda na to, że w rządzie już przyjęto strategię podejścia do protestu lekarzy rezydentów. Trudno wyczekiwać, że rządzący postawią na dialog i szukanie rozwiązań, jak starał się zasugerować
nowy premier w swoim exposé. Zamiast tego lekarzy czeka kolejna próba cynicznego rozegrania przez tzw. Suwerena. To nie jest żart!

Premier bowiem zaapelował pojednawczym językiem: „Chciałbym ich (lekarzy – przyp.) poprosić, abyśmy byli w dialogu; dać sobie nie kilka dni czy tygodni, lecz kilka miesięcy i parę lat, bo nie da się naprawić tych patologii”. W odpowiedzi rezydenci poprosili o spotkanie z nim. Ale szef rządu do spotkań z lekarzami się nie pali i do kolejnego boju będzie delegował ministra zdrowia i swoich urzędników w randze ministrów. Tych samych, którzy swoją arogancją i publicznym oczernianiem protestujących lekarzy zdążyli już zbudować atmosferę nieufności i wrogości. Bo to oni gwarantują kolejną awanturę już na starcie nowych negocjacji i oskarżenie lekarzy o obywatelskie chuligaństwo. Resztę załatwią rządowi propagandyści z radia i telewizji w czasie największej oglądalności.

Tego typu przewrotny bełkot, podlewany scenariuszami spiskowymi o buncie i politycznym uderzeniu w rząd, nie jest niczym nowym. Jak widać, minister zdrowia nie jest samodzielny i pełni rolę bardziej politycznego bulteriera władzy niż pokojowego negocjatora. Jednak właśnie o taki podział ról Morawieckiemu chodzi. Jeśli premier usiadłby do rozmów, to mogłaby spaść na niego część politycznej odpowiedzialności za kryzys. Byłoby to nieuniknione, ponieważ to od niego opinia publiczna oczekiwałaby wówczas znalezienia rozwiązania problemu.

Ale na razie…

…przedstawiciele rezydentów imponują nam odwagą i dojrzałością, choć nie ukrywają rozczarowania po kolejnym taktycznym faulu przebiegłego przeciwnika. Ale najważniejsze, że nie można ich zagadać byle czym i wciągnąć do tzw. komisji mieszanych. Zapowiedzieli, że warunkiem kolejnego spotkania jest odniesienie się do ich kompromisowej propozycji 6 proc. PKB na zdrowie do 2023 r. – To nasze ostateczne zdanie, to nasz warunek brzegowy. Dalsze rozmowy nie mogą się toczyć – stwierdzili kategorycznie 5 stycznia. A może by tę cichą grę na dwie orkiestry zastąpić pragmatyzmem, czego sobie i Czytelnikom „MEDICUSA” życzę w nowym, 2018, roku.

Marek Stankiewicz

redaktor naczelny

Napisz komentarz