Dzień z pracy lekarza POZ

Poniedziałek

Wypoczęta, po dwóch dniach nicnierobienia (poza szkoleniem w sobotę – bo w ciągu tygodnia nie mam czasu i siły i próbą opanowania sytuacji w domu – zakupy, pranie, czas pogadać z mężem, bo prawie zapomniałam, jak wygląda), ruszam do przychodni.
Jest ciepło, w piątek było mało pacjentów z infekcją, może będzie dobrze, pocieszam się. Jestem w pracy o godz. 7.45, zamieszanie przed gabinetem słyszę z daleka. Pod drzwiami dwie kobiety ubrane na czarno, nie kojarzę twarzy, ale chyba już wiem, co za problem. Mąż jednej, a ojciec drugiej z kobiet zasłabł nagle wczoraj wieczorem. Przyjechała karetka z ratownikiem, reanimowali, nieskutecznie, wypisali kartę czynności ratunkowych i pojechali. Po kartę zgonu kazali pójść „do rodzinnego”, no to są. Trzeba załatwiać formalności, pogrzeb. Idę więc po historię choroby pacjenta. Ostatni raz był w przychodni rok temu, brak chorób przewlekłych, nie znam go. Na podstawie karty podpisanej przez ratownika medycznego, nie mogę wypisać karty zgonu – mogę to zrobić, jeżeli karta byłaby podpisana przez lekarza. Kartę zgonu ma obowiązek wypisać lekarz, który leczył pacjenta w ciągu ostatnich 30 dni, w ostatniej chorobie, mieszka nie dalej niż 4 km od miejsca, gdzie wystąpił zgon i może to zrobić w ciągu 12 godzin od zgonu – żaden z tych łącznych warunków w tym wypadku nie jest spełniony. Wypisanie przeze mnie karty zgonu jest niezgodne z prawem, tylko jak to powiedzieć rodzinie? Zmarły już przewieziony do chłodni – 10 km od przychodni.
Paradoksem jest, że stwierdzenie zgonu nie jest usługą finansowaną przez NFZ (kiedyś usłyszałam, że jak ktoś umarł to nie jest już ubezpieczony), nie wykazujemy tej czynności w raporcie statystycznym do NFZ, ale ktoś przecież musi ją wykonać. Przepisy regulujące tę kwestię są chyba sprzed II wojny światowej i od lat słyszymy, że trwają prace, powołano komisję, zespół itp.
Ale czas załatwić sprawę na dzisiaj a nie rozmyślać. Idę do rodziny. Pytam, czy zmarły się gdzieś leczył. Zdenerwowana żona mówi o pobycie w szpitalu 2 tygodnie temu, ale przecież to nie ma wg niej nic do rzeczy. To, że na karcie czynności ratowniczych jest opis: siniak na głowie, krew w uchu wg niej też nic nie znaczy, bo wszyscy, do których dzwoniła twierdzą, że karta to tylko formalność, kwitek i ja mam go wypisać. Nie staram się nawet tłumaczyć, że to nie tak, że w razie gdyby rodzina lub ktoś inny za jakiś czas zmienił zdanie, co do okoliczności śmierci, prokurator nie zgodzi się z nimi. Nie powiem też, że lekarzem, który wg ustawy powinien stwierdzić zgon jest lekarz z oddziału, bo leczył pacjenta w ciągu ostatnich 30 dni, bo przepisy są nieżyciowe i nielogiczne. Mam nadzieję, że wszyscy to wiemy i zachodzę w głowę, dlaczego wciąż informujemy, że lekarz rodzinny, że formalność i że żaden problem. Czytałam gdzieś ostatnio, że w okolicach Olsztyna NFZ wydał polecenie lekarzowi rodzinnemu, twierdząc, że stwierdzenie zgonu to świadczenie gwarantowane. Może tego typu pozaprawne działania NFZ, wyjaśnione przez sąd coś dadzą. Ale chyba znowu ponosi mnie wyobraźnia i śnię na jawie. Oczywiście wszyscy wiemy, że starosta może powołać koronera i w niektórych miejscach w Polsce już tak jest, ale to pieniądze, które można wydać na „ważniejsze rzeczy”, bo to działanie mało obchodzi wyborców.
Rodzina pacjenta czeka coraz bardziej zdenerwowana, tłumaczę, że nie mogę, nie mam prawa, staram się mówić spokojnie i merytorycznie, chociaż nie jest łatwo, gdy ktoś krzyczy obok. Dzwonimy do pogotowia, pytamy co zrobić, bo to oni udzielili błędnej informacji. Spychologia? Jednak ten prokurator staje się coraz bardziej realny. Szkoda nam rodziny, ale przecież tłumaczymy sobie to nie nasza wina, tylko rządzących. Dyrektor pogotowia zobowiązuje się załatwić sprawę, mają przecież świadomość absurdu tej sytuacji. Czy przepisów nie znał ratownik, pewnie znał, ale liczył, że może się uda. Wielu lekarzy POZ wypisuje karty zgonu niezgodnie z prawem, bo szkoda rodziny, bo ktoś to musi zrobić, bo tak jest od lat. Czy tak samo powie prokurator, jeżeli za rok lub dwa, ktoś sobie przypomni, że może tatuś lub wujek został uderzony i wniesie sprawę do sądu? Na pewno jestem trochę przeczulona, ale ja 10 lat pracowałam w pogotowiu (20 lat temu) i już wtedy były takie sprawy.
Wreszcie wracam do pracy, mam opóźnienie w „numerkach” i pacjentów, którzy tylko „na chwilę”. Ok. 14 przyjmuję ostatniego pacjenta i wychodzę zjeść kanapkę. Muszę jeszcze wypisać recepty pacjentom przewlekle chorym, a tam pewnie następne pułapki CHPL-owe, ale o tym napiszę może jutro. Później jeszcze dwie wizyty domowe, obie niepilne, z rodzaju tych „pocieszających”, pacjenci 90+, niewiele mogę zrobić, ale raz na jakiś czas trzeba ich zobaczyć. Wracam do gabinetu z kawą i zamiarem zabrania się do pisania recept. Podchodzi pacjentka, zdziwiona, „nie ma do pani doktor nikogo, jak dobrze trafiłam…”. Ostatkiem sił proszę o zarejestrowanie się na inny termin i nie chcę widzieć rozczarowania w jej oczach. Jutro też jest dzień.
Wioletta Szafrańska-Kocuń