Dzień z pracy lekarza POZ… Piątek

Piątek to dzień, kiedy do lekarza przychodzą pacjenci „na wszelki wypadek” (zaraz przecież weekend). „Nie wiem pani doktor, czy wszystko dobrze i czy nie zachoruję” słyszę wtedy często. Tłumaczę zwykle, że nie jestem Duchem Świętym i nie wiem, co będzie jutro. Kiedyś powiedziałam do pacjentki, że sama nie wiem, czy mi jutro cegła na głowę nie spadnie. Wróciła z pytaniem, gdzie widziałam te spadające cegły, bo nie chce tamtędy chodzić. Staram się więc nie stosować przenośni.

Na początek dnia dzwoni córka pacjenta, do którego chce zamówić wizytę domową. Mówi, że ojciec chory, duszność, boli serce. Tłumaczę, że w tej chwili nie dam rady przyjść, a jak duszność i serce boli to lepiej nie czekać na mnie do godz. 14, tylko trzeba wezwać pogotowie ratunkowe. Pacjentka bardzo niezadowolona odkłada słuchawkę. Pewnie zadzwoni za godzinę i okaże się, że ojciec ma temperaturę i kaszel – miała nadzieję na przyspieszenie.

Przyszła rezydentka załamana rozmową z ojcem pacjenta. Pacjent (lat 19), leczony z powodu anginy (2 antybiotyki kolejno), skarżył się na kłopoty z połykaniem – przy braku zmian w badaniu fizykalnym. Skierowała go do laryngologa, decyzja bardzo dobra. Super. Ojciec nakrzyczał, że jak się nie zna to nie powinna nawet psa leczyć. Tłumaczę, żeby nie dyskutowała z pacjentami przez telefon, bo to się nigdy dobrze nie kończy. Swoją drogą uważam, że na studiach powinno się oprócz empatii uczyć także
asertywności. Nauka w trakcie pracy jest bardzo bolesna. W rejestracji przekazałam, żeby w razie dalszych telefonów łączyli troskliwego tatusia do mnie, zobaczymy jak to się skończy.

Następny telefon od córki pacjenta w wieku 94 lat (już były 2 wizyty domowe w tym tygodniu) z żądaniem wizyty natychmiast „bo tatuś krzywo sika”. Poprosiłam, aby pielęgniarka poszła na wizytę (w tym wieku wszystko możliwe). Wróciła z informacją, że ciśnienie dobre, pacjent chodzi (chociaż z trudem) a sikania nie oglądała. Czyli tak jak 2 dni temu. Przyjmuję dalej, dużo dzisiaj pacjentów, którzy chcą pogadać. O synowej, o teściowej, sąsiadce, a tak naprawdę o swojej samotności. Mam 10 minut dla pacjenta, ale nie zawsze mam sumienie o tym przypomnieć. Skutek – opóźnienie 30 minut robi się szybko. Ale pacjenci spokojni, nie ma nerwowej atmosfery, może perspektywa
weekendu uspokaja? Kończę, brak kart na biurku, jeszcze tylko wypełnię dwa wnioski do sanatorium i będzie koniec na dzisiaj.

Małgosia, pielęgniarka, która była u pacjenta informuje, że był telefon od rzecznika praw. Córka skarżyła się do rzecznika, że nie otrzymała odpowiedniej pomocy. Ojciec chory a pielęgniarka nawet jej nie słuchała. Mam kolejny ból głowy – RODO, UODO i inni. Co prawda to rzecznik podał dane pacjenta przez telefon, ale to o sikaniu już wyszło od nas. Zdziwiony pan grzecznie przeprosił i się rozłączył. Ciąg dalszy pewnie nastąpi. Ale postaram się teraz o tym nie myśleć. Pomyślę w poniedziałek.

Okazuje się, że pacjentka z rana wezwała jednak pogotowie, ale ojca do szpitala (ku jej oburzeniu) nie zabrali. Wizyty więc nie uniknę, ale takie życie. Dzisiaj i tak nie było źle, a przede mną cały weekend na odpoczywanie.

Wioletta Szafrańska-Kocuń