Dzień z pracy lekarza POZ

Sobota

Sobota to dla mnie dzień odpoczynku i zajęcia się sprawami prywatnymi, dom, ogród wszystko wymaga czasu. Staram się nie myśleć o pracy i pacjentach, ale nie zawsze mi się to udaje. Chodzę dzisiaj po moim ogrodzie, w tle słyszę cicho grające radio. Miałam wyłączyć, ale zapomniałam. Wypowiada się kandydatka na premiera na temat pomysłu na służbę zdrowia. Twierdzi, że trzeba od nowa zakontraktować nocną i świąteczną pomoc lekarską bo same SOR-y nie dają rady. Słucham i nie wierzę. Jeżeli politycy tej rangi (a także osoby tworzące program największych partii) nie wiedzą, że pomoc nocna i świąteczna jest (można oczywiście dyskutować o jej funkcjonowaniu), to jak można rozmawiać o poprawie czegokolwiek? Za chwilę słyszę o obietnicy otwarcia każdej przychodni całodobowo, przez cały tydzień. Nie wiem już śmiać się, czy płakać, brak wiedzy polityków na temat realiów ochrony zdrowia jest przerażający.

Pierwszą pracę po studiach podjęłam w pogotowiu ratunkowym, wtedy to ono pełniło rolę opieki całodobowej. Karetki ogólne, pediatryczne, ginekologiczne, reanimacyjne wyjeżdżały dzień i noc z trzech podstacji w Lublinie. Wszyscy widzieliśmy bezsens wyjazdu trzech osób do bólu gardła, bólów brzucha i innych niegroźnych w danej chwili dolegliwości. Stworzenie bardziej dostosowanego do potrzeb i tańszego systemu było koniecznością.

Wraz z utworzeniem Kas Chorych powstała nocna i świąteczna pomoc lekarska. Z niewiadomych mi powodów zostało to zakwalifikowane jako część podstawowej opieki zdrowotnej i tak w budżecie NFZ figuruje do dzisiaj. Jak niewiele ma wspólnego pomoc nocna (szczególnie w takiej formie jak obecnie) z definicją opieki lekarza rodzinnego, pielęgniarki i położnej rodzinnej wiedzą wszyscy, których to interesuje. Z definicji jest to pomoc doraźna a nie profilaktyka, leczenie, nie mówiąc o koordynacji leczenia. Ale z uporem godnym wielkiej sprawy nikt przez ponad 20 lat nie zmienił tej kwalifikacji. Dzisiaj NPL jest w szpitalach, niewidoczna nawet przez kandydata na premiera.
Dyżurowałam w opiece całodobowej 10 lat w przychodni przy ul. Hipotecznej. W mojej ocenie sprawdzało się to doskonale, centrum miasta, łatwy dojazd do (i z) każdej dzielnicy Lublina, kompleksowa opieka – stacjonarna i wyjazdowa, lekarz rodzinny, pielęgniarka, dyżur stomatologiczny. Poprawiając zepsuto. Obecnie pacjent (zorientowany w systemie) woli pójść na SOR, bo tam zrobią więcej badań, a nie do lekarza po drugiej stronie wejścia do szpitala, który mniej może.

Dla zdecydowanej większości osób potrzebujących pomocy medycznej system ten jest nieczytelny i rodzi konflikty, także między lekarzami. Po raz kolejny organizatorzy wywołując kłótnie między nami, sami unikają ocen i krytyki.

Opieka całodobowa powinna wg mnie być oddzielona funkcjonalnie i lokalizacyjnie od szpitala. W istniejącej sytuacji nie ma żadnych możliwości podziału kompetencji SOR – NPL. Pacjenci pójdą tam, gdzie jest „więcej specjalistów”, czyli wybiorą SOR i ŻADNE tłumaczenie tego nie zmieni. Będziemy mieć do siebie pretensje, co kto musi, a co może zrobić, czyim obowiązkiem jest np. wypisanie zwolnienia lekarskiego. W każdy poniedziałek, w każdej przychodni przychodzą pacjenci (lub ich rodziny) po zwolnienie. Przykład z ubiegłego tygodnia: pacjent w sobotę złamał nogę, został super zaopatrzony w SOR. Żona wywiozła go do rodziców 15 kilometrów pod Lublin, bo nie wejdzie na 4 piętro i w poniedziałek przyszła po zwolnienie. Lekarz może wystawić zwolnienie po osobistym zbadaniu pacjenta i co zrobić? Dzwoniłam na SOR do Pani Doktor i usłyszałam, że ona może a nie musi wystawić zwolnienie, to jej prawo a nie obowiązek.

I tak to w sobotę, dzień wolny, nie uniknęłam myślenia o pracy a raczej o problemach wywołanych wypowiedziami różnych politycznych geniuszy. Jakie będą efekty tych „odkrywczych” przemyśleń przekonamy się niebawem, oby niezbyt boleśnie.

Wioletta Szafrańska-Kocuń