Dopełnia mnie muzyka

z Agnieszką Zarębską, rezydentką pediatrii, byłą aktorką Teatru ITP, entuzjastką śpiewu gospel i piosenek z tekstem, rozmawia Anna Augustowska

  • Dlaczego nie estrada, teatr albo sala koncertowa tylko medycyna?

– Odpowiedź jest prosta i krótka – ponieważ od zawsze, od najwcześniejszego dzieciństwa chciałam leczyć ludzi (moi bliscy pamiętają, że zawsze bawiłam się w lekarza i biegałam z walizeczką pełną pudełek po lekach), i chociaż był ze mnie niezły łobuz i ocenę z zachowania miałam w szkole zwykle obniżoną (śmiech), to zawsze lubiłam się uczyć, zdobywać nową wiedzę, odkrywać ciekawe rzeczy, i w zasadzie przychodziło mi to łatwo, nie wkładałam w naukę większego wysiłku – no, może oprócz języków obcych (śmiech). A muzyka, śpiew, sztuka w ogóle – mimo że bardzo ważne, wręcz niezbędne w moim życiu – jednak miały pozostać pasją. Dopełnieniem. Chociaż… kiedy za pierwszym razem nie dostałam się na wymarzoną medycynę miałam plan B, w którym brałam pod uwagę dalszą edukację muzyczną.

 

  • I to na wysokim poziomie, bo na Uniwersytecie Muzycznym?

– Było to możliwe, ponieważ byłam w trakcie kończenia szkoły muzycznej II stopnia w klasie fletu poprzecznego. Do szkoły muzycznej zaczęłam chodzić już w podstawówce – początkowo w Skarżysku-Kamiennej, i w dodatku w pierwszej klasie grałam na skrzypcach, a potem w Kielcach, gdzie równocześnie uczęszczałam także do VI Liceum Ogólnokształcącego im. J. Słowackiego. Nie ukrywam, że to była niezła szkoła życia. Po lekcjach w liceum biegłam do szkoły muzycznej, a wieczorem po powrocie nie tylko czekało mnie odrabianie „normalnych” lekcji – dodam, że uczyłam się w klasie o profilu biologiczno-chemiczno-fizycznym – ale też ćwiczenie gry na instrumencie. Najtrudniejsza logistycznie była jednak pierwsza klasa szkoły muzycznej II stopnia w Kielcach, ponieważ przypadała na 3 klasę gimnazjum w Skarżysku-Kamiennej – wiązało się to z dojazdami, czasami wręcz w szalonym tempie. Owszem,
bywałam chronicznie niewyspana, ale – co tu kryć – zawsze lubiłam się uczyć, a muzykę kochałam! I co ważne, nikt mnie do tego nie gonił, nie pilnował i nie sprawdzał, bo w trakcie nauki w liceum mieszkałam w internacie w Kielcach i sama musiałam sobie ze wszystkim radzić. Bardzo mi się ta samodyscyplina i zahartowanie przydały, szczególnie kiedy już studiując medycynę trafiłam na KUL do Teatru ITP, gdzie próby goniły próby, a w tzw. międzyczasie trzeba było znaleźć wolną chwilę na szycie kostiumów i samodzielne wykonywanie scenografii. Pogodzenie więc tych czasochłonnych zajęć z równie absorbującymi studiami wymagało pewnej wprawy.

 

  • Medycyna i teatr to zaborcze dziedziny, ale w Pani przypadku najwyraźniej wzajemnie się uzupełniały i dawały energię.

– To prawda, bo siedzieć w książkach i wyłącznie uczyć się do zajęć zupełnie bym nie umiała! Było to możliwe (a raczej konieczne) tylko na pierwszym roku studiów lekarskich, kiedy naprawdę tkwiłam z nosem w podręcznikach i nawet nie bardzo wiedziałam, jak wygląda Lublin, ale i wtedy przynajmniej raz w tygodniu biegłam na zajęcia ze śpiewu do domu kultury przy ul. Bernardyńskiej. Wtedy Stare Miasto i okolice to był dla mnie inny świat, magiczna kraina. A śpiew był mi równie bliski, jak gra na flecie. Stąd, kiedy
na początku II roku natrafiłam na ogłoszenie o castingu do studenckiego teatru ITP, w którym wykorzystywane są wszelkie aktywności sceniczne związane z muzyką, natychmiast się zgłosiłam i działałam tam do końca studiów, czyli przez pięć lat. Najmocniej przeżyłam rolę Archanioła Gabriela, którą zagrałam w spektaklu pt. „Nowy raj utracony”. To – uważam – była moja życiowa rola, chociaż grałam w jeszcze wielu innych spektaklach: m.in. w Prorocku, Weselu Dawida, Odysei, Don Kichocie, Morii, Spełnionym śnie. W teatrze też poznałam wielu wspaniałych ludzi na czele z założycielem i szefem teatru ks. Mariuszem Lachem, z którymi do dziś łączy mnie prawdziwa przyjaźń. To także tu, dzięki koleżance z teatru, trafiłam na przesłuchania do zespołu Gospel Rain, który był moim niewypowiedzianym marzeniem w takim samym stopniu jak Teatr ITP. Planując studia, wybierając miasto, kierowałam się także (a może nawet przede wszystkim) istnieniem tych dwóch grup, licząc po cichu, albo bardziej marząc o tym, że może tak udałoby się… I się udało. Marzenia naprawdę się spełniają!

 

  • Czyli kolejna pasja?

– Śpiew zawsze był w moim życiu. Mam dość umuzykalnioną rodzinę; mama śpiewała w chórze (a potem skończyła studia chemiczne), babcia grywała na akordeonie, a bracia mojej mamy są muzykami. Obydwaj zawodowo grają na organach, a jeden z nich – mój ojciec chrzestny – ma także wyższe wykształcenie z fortepianu. Czasami myślę, że moje zainteresowania to pewnie sprawa genów. W liceum śpiewałam w chórze Politechniki Świętokrzyskiej, wcześniej, bo w wieku 14 lat, wygrałam konkurs piosenki śpiewając piosenkę Agnieszki Osieckiej pt. „Okularnicy” – a był to mój pierwszy publiczny wokalny występ solowy. Co do muzyki gospel – fascynowała mnie od dawna. Kiedy więc pojawiły się przesłuchania do znanego lubelskiego chóru Gospel Rain, postanowiłam zawalczyć. Udało się. Od niespełna 3 lat jestem również chórzystką w zespole Heaven up, który także wykonuje muzykę gospel. Od czasu do czasu zdarza mi się dośpiewywać chórki w lubelskim seminaryjnym zespole Good God, który gra chrześcijańską muzykę w stylu reggae. Ale to już zupełnie inna historia.

 

  • Sporo tego: teatr, chór, studia…

– Do niedawna 80 proc. mojego czasu wypełniały zajęcia muzyczno-teatralne, a resztę studia. I mimo takich proporcji całe studia przeszłam bez żadnej poprawki czy przerw, i ukończyłam je z wynikiem bardzo dobrym. Do dzisiaj nie wiem, jak to możliwe, ale na pewno przydał się warsztat organizacji czasu z lat gimnazjum – liceum oraz zamiłowanie do poznawania nowych rzeczy. Może trudno w to uwierzyć, ale ja naprawdę zawsze lubiłam się uczyć, przychodziło mi to łatwo, a wolny czas wolałam spędzać aktywnie.

Od dwóch lat jednak 80 proc. czasu poświęcam medycynie. I również nie mogę się tym nacieszyć! Jestem na rezydenturze z pediatrii na Oddziale Chorób Zakaźnych Dziecięcych w Szpitalu im. Jana Bożego. Nie od zawsze pediatria była moim marzeniem – wcześniej myślałam o audiologii i foniatrii, o endokrynologii a także o psychiatrii. Jednak w czasie stażu, kiedy mogłam skonfrontować się z praktyczną medycyną, wejść w interakcje z pacjentami zrozumiałam, że najlepiej będę się spełniać lecząc dzieci. Każdy dzień pracy w szpitalu utwierdza mnie w tym. Dziecko to bardzo wdzięczny i „kochany” pacjent, chociaż bywają też (jak wszędzie) trudniejsze przypadki.

 

  • Śpiewanie dzieciom to też może być pomysł?

– Śpiewanie małym pacjentom Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Lublinie (jeszcze jako studentka) już nawet mam za sobą! Dwa razy z okazji Dnia Dziecka brałam udział w koncercie dla dzieci i nawet połączyłam to trochę z rolą teatralną – śpiewałam w kostiumie wróżki!

 

  • A ostatnio mogły Panią usłyszeć także „większe dzieci”?

– To prawda, wspólnie z Cezarym Jurko, kardiochirurgiem z SPSK4 przy ul. Jaczewskiego, przygotowaliśmy recital piosenek i ballad pt. „W krainie łagodności”. Nasz występ zainaugurował cykl „Muzycznych piątków u lekarzy”, które będą odbywać się w siedzibie Lubelskiej Izby Lekarskiej w Klubie Lekarza przy ul. Chmielnej. Już dziś wiemy, że to nasz nie ostatni koncert. Kolejny nasz występ planujemy jesienią tego roku, na który już dziś serdecznie zapraszamy. Szczegóły niebawem.