Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał

 

Marek Derkacz

Marek Derkacz

Zbyt rzadko mówi się o tym, że wielu lekarzy specjalistów w dzisiejszych czasach podchodzi do kształcenia podyplomowego w sposób całkowicie skomercjalizowany, traktując szkolących się kolegów jako potencjalną konkurencję, która może w przyszłości ograniczyć ich dochody. Znaczna część młodych lekarzy, szczególnie tych w trakcie specjalizacji zabiegowych, kończąc szkolenie specjalizacyjne w rzeczywistości niewiele potrafi. O ile medycyny niezabiegowej można nauczyć się z podręczników, o tyle uzyskanie w środowisku i wśród pacjentów opinii dobrego zabiegowca, w dużej mierze uzależnione jest od tego, na ile starsi koledzy-mistrzowie wykażą się wolą przekazania własnej wiedzy i umiejętności. Bardzo często zdarza się, że nauczyciele do nauki swoich podopiecznych są niechętni, a kończący zabiegową specjalizację lekarz …boi się samodzielnie zoperować pacjenta. Niestety, rola starszego lekarza, jako mentora i opiekuna młodych szkolących się lekarzy powoli odchodzi do lamusa. Wyraźnie widać, że coraz mniejsza liczba lekarzy specjalistów wyraża chęć wspierania młodych w rozwijaniu nie tylko wiedzy, ale przede wszystkim umiejętności praktycznych. Warto postawić sobie pytanie o przyczyny tego zjawiska. Tych oczywiście jest wiele. Wśród nich wymieniać można: zabójcze wręcz tempo pracy i związany z nim nadmiar stresu, przeładowanie obowiązkami, chroniczne przemęczenie, czy brak odpowiedniej gratyfikacji, ale również niechęć do stwarzania sobie konkurencji. Niestety, szlachetnego i bezinteresownego podejścia do szkolenia młodych lekarzy, jakie było na porządku dziennym jeszcze ćwierć wieku temu, można by szukać ze świecą w ręku. Czy biorąc pod uwagę
dzisiejszą „twarz medycyny” jesteśmy w stanie to zmienić?

Kiedy jakiś czas temu byłem na stażu z neurochirurgii, kierownik jednej z warszawskich klinik na porannym raporcie powiedział bez ogródek, że mało którego ze świeżo upieczonych neurochirurgów można rzeczywiście nazwać specjalistą. Zapytany o przyczynę stwierdził, że leży ona w złym systemie szkolenia podyplomowego, który powoduje, że dyplom otrzymują ludzie nieposiadający praktycznych umiejętności. Jak powiedział – w dzisiejszych czasach wyszkolenie dobrego specjalisty nie leży w interesie szkolących go starszych kolegów, a niewielu młodych ma szczęście trafić na prawdziwego mistrza.

Prawda boli, choć doskonale ją znamy i skrzętnie od lat przez nasze własne środowisko zamiatana jest pod dywan. Duża część specjalistów z dopiero co uzyskanym dyplomem nie wykonywała samodzielnie wielu operacji, które lekką ręką poświadczono im w indeksach wykonanych procedur i zabiegów. Pytanie retoryczne – ilu neurochirurgów w Polsce potrafi dobrze zoperować przysadkę? Tych bardzo dobrych, do których my, endokrynolodzy, skierowalibyśmy pacjenta, można policzyć na palcach jednej, no… może obydwu rąk. Część z Państwa zapewne powie, że prawdziwe doświadczenie nabywa się w trakcie pracy zawodowej. Oczywiście, ale potrzebne są ku temu jakieś podstawy, a te nabywa się (lub nie) w trakcie szkolenia specjalizacyjnego. Wielu lekarzy nie wykonało nigdy samodzielnie części zabiegów, czy operacji, niezbędnych do realizacji programu specjalizacji. Dlaczego? Bo po prostu nie dano im takiej szansy.

Całkowicie zwątpiłem w polski system podyplomowego szkolenia lekarzy, kiedy to wracając z tego samego stażu usłyszałem historię kończącego gdzieś w Polsce specjalizację z kardiochirurgii lekarza, który nigdy w życiu nie wykonał
samodzielnie (sic!) żadnej operacji kardiochirurgicznej. Pomimo to, wszystkie wykonane „samodzielnie” zabiegi, wymagane do ukończenia specjalizacji, miał pisemnie potwierdzone w indeksie.

Powyższe przykłady pokazują, jak wielkim błędem była wprowadzona kilka lat temu w życie decyzja o likwidacji egzaminów praktycznych, na których sprawdzane były umiejętności przyszłych specjalistów. Mając świadomość, jak wygląda system kształcenia medyków w Polsce, strach ogarnia na samą myśl, że człowiek może nagle, bez możliwości wyboru operatora, trafić na stół operacyjny, przy którym stanie niemający żadnego doświadczenia lekarz.

Nie jest rzeczą normalną, że w Lublinie – liczącym prawie 350 tysięcy mieszkańców największym polskim mieście leżącym po wschodniej stronie Wisły – z czystym sumieniem można wymienić dosłownie kilka nazwisk chirurgów, których endokrynolodzy mogliby polecić jako dobrych operatorów, jeśli chodzi o operację tarczycy. Są tacy, którzy mają dobrą rękę i niewiele powikłań, ale są również i specjaliści, którym przy okazji strumektomii dość często zdarza się np. usunięcie przytarczyc, czy uszkodzenie nerwu krtaniowego wstecznego. Część z nich po prostu ma kiepską rękę (do specjalizacji zabiegowych trzeba mieć też predyspozycje), ale duża część z nich nie została podczas specjalizacji odpowiednio przeszkolona. Niedawno podczas rozmowy z młodszym kolegą – świeżo upieczonym specjalistą chirurgiem – usłyszałem, że bałby się przeprowadzić samodzielnie operację tarczycy, bo… podczas specjalizacji nigdy takiego zabiegu samodzielnie nie wykonał. Lekarz jest trochę jak dom. Ten, który ma słabe fundamenty, pomimo starań i wysiłków pracujących nad nim murarzy nigdy nie będzie do końca bezpieczny. Tak samo specjalista, który niewiele nauczył się w trakcie specjalizacji ma małe szanse na zostanie kiedyś bardzo dobrym i cenionym przez pacjentów lekarzem.

Wynikiem obecnie obowiązującego systemu szkolenia jest kształcenie tysięcy „specjalistów”, którym nie przekazuje się wiedzy i umiejętności, a którzy rozpoczynając samodzielną pracę z dyplomem specjalisty mogą narażać na poważne niebezpieczeństwo zdrowie i życie pacjentów. W ciągu ostatnich lat wykształciliśmy pokolenie ludzi, którzy niewiele potrafią, a operacje, które przeprowadzali „samodzielnie” w trakcie szkolenia specjalizacyjnego są jedynie operacjami „na papierze”. Tak, niestety, wygląda polska rzeczywistość, którą my, jako środowisko
w dużej mierze tworzymy, dając ciche przyzwolenie rzeczom, które nie powinny mieć miejsca.

Niewielu w trakcie szkolenia specjalizacyjnego miało szczęście trafić na ludzi, którzy włożyli serce w przekazanie im swojej wiedzy i umiejętności. Niestety, duża część lekarzy pewnych umiejętności musi nauczyć się w życiu sama. Nie da się tego zrobić dobrze, nie mając odpowiedniego nauczyciela. Wówczas poligonem doświadczalnym stają się szpitale, a królikami doświadczalnymi nieświadomi tego pacjenci. Kolejnym problemem, o który młodzi lekarze prosili mnie, abym napisał jest zjawisko „faworyzowania wybrańców”. Niestety, w wielu oddziałach i klinikach do niektórych, szczególnie tych „intratnych” zabiegów i operacji dopuszczane są tylko wybrane osoby (często skoligacone ze swoimi nauczycielami), a reszcie specjalizujących się lekarzy, przy okazji łamiąc prawo, potwierdza się jedynie ich samodzielne wykonanie. Choć Ministerstwo Zdrowia, już wiele lat temu obiecywało, że problem postara się rozwiązać zwiększając nadzór nad kształceniem specjalizacyjnym, to do chwili obecnej nie zrobiło praktycznie nic. Planowano wprowadzenie ankiet, w których specjalizujący się lekarze mogliby anonimowo oceniać kształcące ich ośrodki. Rozważano również wprowadzenie wirtualnych indeksów procedur i zabiegów, dzięki którym na bieżąco można byłoby monitorować proces kształcenia medyków. Z obietnic, które składano nam kilka lat temu, gdy pytaliśmy o to przedstawicieli MZ, na razie nic nie wyszło. Pozostaje mieć nadzieję, że po zbliżających się wyborach, zasiadający w nowym parlamencie lekarze, pochylą się nad tematem i podejmą się rozwiązania palących, bo przecież w głównej mierze decydujących o jakości polskiego systemu ochrony zdrowia, problemów. Tymczasem dbając o wysoki poziom medycyny, każdy z nas lekarzy specjalistów powinien myśleć w kategoriach dobra wspólnego, odsuwając na bok wszechogarniający współczesną medycynę komercjalizm. Właśnie taką filozofię obok wiedzy i umiejętności powinniśmy również przekazywać szkolonym przez nas studentom medycyny i lekarzom. Bo przecież nikt inny, tylko oni w przyszłości będą leczyć pacjentów. To również nasi obecni uczniowie będą kiedyś również leczyć nas i naszych najbliższych. Już teraz zadbajmy więc o wysoki poziom polskiej medycyny. Bo właśnie my w naszej codziennej pracy każdego dnia go kreujemy.

Marek Derkacz

marekderkacz@interia.pl

Napisz komentarz