Chciałem strzelać jak Clint Eastwood

z Michałem Szczyrkiem, internistą z Kliniki Pulmonologii PSK 4, pasjonatem strzelectwa sportowego, rozmawia Anna Augustowska

  • Sokole oko – chyba tak powinnam się do Pana zwracać?

– Niekoniecznie. Wbrew temu, co się sądzi o sporcie, który uprawiam, czyli strzelectwie sportowym, wzrok nie jest w nim najważniejszy. To może wydawać się dziwne ale znaczna część strzelców używa specjalnych okularów korekcyjnych.
Nawet jeśli na co dzień nie używają szkieł, to w czasie treningów i oczywiście zawodów, stosują je, aby poprawić ostrość widzenia – więc to nie wzrok decyduje o sukcesie w tej dyscyplinie. Jako ciekawostkę można podać fakt, że odbywają się zawody strzeleckie dla osób słabowidzących i niedowidzących. Zawodnicy ci strzelają „na słuch”…

 

  • Fascynujące! Skoro nie wzrok decyduje, to w takim razie co?

– Jeśli chodzi o predyspozycje to przede wszystkim precyzja ruchów, zmysł równowagi, odpowiednie napięcie mięśniowe i psychika. Dobry, przygotowany technicznie zawodnik „strzela głową” – wygrywa ten, kto jest bardziej skoncentrowany, lepiej panuje nad emocjami, nie daje się wyprowadzić z równowagi. Bo właśnie od tego, jak zapanuje nad swoim ciałem i stanem psychicznym zależy celność strzałów. Proszę sobie wyobrazić, że trzeba trafić w punkt na tarczy, który ma pół milimetra.

Złożenie się do strzału, ułożenie ciała, panowanie nad oddechem… To są umiejętności, które najlepsi trenują latami. Mistrzowie dochodzący do perfekcji oddają strzał między uderzeniami serca! Brzmi nieprawdopodobnie, ale tak właśnie jest!

 

  • Nie tylko nieprawdopodobnie, ale – proszę wybaczyć – absurdalnie!

– A jednak! Rzut serca i tętno powodują drżenie, które przenosi się na broń, i które można zaobserwować przy użyciu specjalnych trenażerów. Stąd wytrenowani strzelcy składając się do strzału wstrzymują oddech, aby zwolnić tętno i dopiero wtedy wyciskają spust. Nawet minimalne odchylenie – i… katastrofa!

Nie ukrywam, że najtrudniej wyłączyć emocje, wystarczy, że choć przez sekundę damy się ponieść myśli, że idzie nam tak dobrze, że walczymy o zwycięstwo i już serce zaczyna bić mocniej, przyspiesza oddech i jest po zawodach… Wyłączyć emocje, znieruchomieć, być jak skała – to czynniki decydujące o precyzji i celności. Dobry wzrok oczywiście jest ważny, ale nie jest decydujący.

 

  • A płeć?

– Kobiety statystycznie są lepszymi strzelcami niż mężczyźni – na przykład średnie wyniki wśród dziewcząt są generalnie wyższe niż wśród chłopców. Wynika to z pewnych wrodzonych predyspozycji – między innymi niższego środka ciężkości oraz lepszego zmysłu równowagi oraz faktu, że generalnie są bardziej zdyscyplinowane i sumienne. To powoduje, że łatwiej je wytrenować. Dlatego często zdarza się, że nastolatki sprawiają „lanie” nawet doskonale wyposażonym i wytrenowanym zawodnikom, mimo że trenują znacznie krócej i nie są tak dobrze przygotowane technicznie.

 

  • Jest Pan wielokrotnym mistrzem województwa lubelskiego, finalistą Pucharu Polski, medalistą Akademickich Mistrzostw Polski… Skąd pomysł na ten dość ekstrawagancki sport?

– Musiałbym cofnąć się do dzieciństwa! Razem z moim Tatą uwielbiałem oglądać westerny. Strzelby i rewolwery, strzały z biodra, Clint Eastwood, Dziki Zachód – broń i strzelectwo fascynowały mnie już wówczas. Jednak do klubu strzeleckiego zapisałem się dopiero, kiedy zacząłem studia na Wydziale Lekarskim w Lublinie. To był szalony czas, kiedy przez pięć dni w tygodniu strzelałem po 3 godziny dziennie! Łączyłem naukę z pasją i tak jest w zasadzie do dziś. W tym okresie, tak zresztą jak i dziś, bardzo pomagał mi Tadeusz Mostowiec, właściciel strzelnicy, na której trenuję. Chociaż nie mam już tyle czasu, bo pracuję, mam żonę i córkę – wciąż trenuję, ponieważ prawdziwa pasja nigdy nie przeszkadza a wzbogaca życie. Żona Aneta strzela już całkiem nieźle z pistoletu, a córka Ola na razie dorobiła się strzeleckich ochraniaczy słuchu…

 

  • Jednak Pańskie życie to medycyna – dlaczego?

– Zdawałem też na Wydział Lotniczy na Politechnice Rzeszowskiej, kiedy jednak musiałem podjąć ostateczną decyzję wybrałem medycynę. Na staż wyjechałem do Anglii. Duży szpital 20 km od Londynu i ostra szkoła zawodu. Nie było obijania się – musiałem naprawdę ciężko pracować, bo tam stażysta może i musi dużo więcej, także samodzielnie. Nie żałuję,
ale to był dla mnie straszny czas, bo nie mogłem trenować! Anglicy uprawiają myślistwo, strzelectwo sportowe było wówczas w powijakach, obecnie rozwinęło się bardzo po inwestycjach związanych z olimpiadą w Londynie…

 

  • A w Polsce?

– W Polsce mam i medycynę, i moją pasję. Po powrocie z Wielkiej Brytanii podjąłem studia doktoranckie w Klinice Pneumonologii, Onkologii i Alergologii SPSK4 w Lublinie, kierowanej przez prof. Janusza Milanowskiego. To tu uzyskałem specjalizację z chorób wewnętrznych, obroniłem doktorat dotyczący leczenia raka płuca, a obecnie szkolę się w zakresie chorób płuc. Od 2011 roku pracuję w Katedrze Interny z Zakładem Pielęgniarstwa Internistycznego Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, kierowanej przez prof. Jadwigę Daniluk, obecnie jako adiunkt.

 

  • Dlaczego warto uprawiać strzelectwo? Lekarzowi to może służyć?

– Trzeba pamiętać, że strzelectwo to sport, i jego uprawianie wiąże się z takimi samymi „zyskami”, jak w każdej innej jego dziedzinie – pozwala się nam odstresować, na chwilę zapomnieć o problemach, zyskać dystans. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że strzelectwo jest sportem wyjątkowo korzystnym i to z kilku względów. Po pierwsze, uprawiać je może każdy, i prawie każdy może odnosić w nim sukcesy – predyspozycje fizyczne nie są aż tak ważne, jak na przykład w lekkiej atletyce. Najstarsi medaliści olimpijscy to właśnie strzelcy, w niektórych dyscyplinach sukcesy na arenie międzynarodowej osiągają zawodnicy, którzy w większości innych sportów byliby już dawno na zawodniczej emeryturze. Po drugie, jego uprawianie wymaga utrzymania się w dobrej formie i zdrowiu, ale jednocześnie nie wyczerpuje i nie powoduje kontuzji,
jak na przykład sporty siłowe. Po trzecie wreszcie, strzelcy to wspaniałe środowisko, gdzie nawet zupełny amator może śmiało zapytać o radę bardziej doświadczonych kolegów, z czego ja sam zresztą chętnie korzystam. Niewiele jest sportów, gdzie o pomoc można poprosić medalistę olimpijskiego w swojej dyscyplinie…

Wreszcie, mamy w Polsce jako medycy świetną tradycję – postaci takie jak dr Adam Smelczyński – stomatolog, srebrny medalista olimpijski z Melbourne, czy dr Andrzej Głyda – mistrz świata w strzelaniu do rzutków, udowadniają, że medycynę można świetnie połączyć ze strzelectwem.

 

  • Zainteresowani gdzie mogą się zgłaszać?

– Zapraszam do mojego klubu – „Snajper” w Lublinie, ul. Gospodarcza 27. Dokładne namiary najłatwiej znaleźć można na naszej stronie w Internecie.