Cerowanie rozdartej sieci

Marek Stankiewicz

Marek Stankiewicz

Prace nad siecią szpitali trwały bardzo długo, ale, niestety, w większości w zaciszu Ministerstwa Zdrowia. Po kolejnych falstartach udało się w końcu Radzie Ministrów przyjąć jedną z najbardziej kontrowersyjnych ustaw, meblującej na lata rynek świadczeń zdrowotnych. Na inaugurację ustawy o sieci szpitali poczekamy aż do jesieni.

Sieci sprzeciwiają się pacjenci, lekarze, związkowcy, pracodawcy i samorządowcy. Nawet w obozie władzy z dnia na dzień szeregi jej entuzjastów topnieją w oczach. Dodatkowy czas ma być poświęcony na podjęcie kolejnych dyskusji i wyjaśnienie wątpliwości zgłaszanych w kolejnych etapach prac legislacyjnych.

Uwagi samorządu lekarskiego tradycyjnie zignorowano. „Zmiana zasad rozliczeń z kontraktowych na ryczałtowe nie będzie motywować szpitali do lepszej gospodarności. Konkurencyjność jest bezcenną wartością dla ochrony zdrowia, a radykalne zmiany w systemie powinno się wprowadzać jedynie pod warunkiem zwiększenia publicznych nakładów na zdrowie do minimum 6% PKB” – bezskutecznie przekonywał jeszcze w styczniu br. Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

 

Gonitwa myśli ściga się z harmiderem

„W swoich założeniach projekt o sieci przypomina raczej wprowadzenie struktur SPZOZ-ów, które przecież nie miały nic wspólnego z jakąkolwiek samodzielnością” – cofa się pamięcią Maciej Murkowski, wykładowca Wyższej Szkoły Menadżerskiej w Warszawie. „Obraz rzeczywistości, jaki rysuje się po wprowadzeniu tej ustawy, to upadłość kilkuset szpitali, wydłużone kolejki, około 20 tysięcy pracowników medycznych, którzy będą poszukiwać nowego miejsca pracy i szpitale prywatne leczące tylko odpłatnie. Jednym słowem chaos i zamieszanie” – bije na trwogę dr Beata Małecka-Libera, przewodnicząca sejmowego Zespołu Zdrowia Publicznego (PO). Tymczasem minister Konstanty Radziwiłł (PiS) przekonuje, że szpitale uzyskają stabilną gwarancję finansowania i fundusze, którymi będą mogły elastycznie dysponować. Co więcej, wieszczy rychły koniec głównej plagi polskiej służby zdrowia: wielogodzinnych kolejek chorych na SOR-ach. Zapewnia, że pacjent wypisany ze szpitala będzie mógł uzyskać wiele świadczeń w poradni przyszpitalnej. Emocje, egzaltacja, gonitwa myśli, a co najgorsze harmider po obu stronach politycznej barykady, nie dają nadziei, aby zwyczajny polski zjadacz chleba, czyli nasz pacjent, cokolwiek z tego zrozumiał. Ani szewska pasja dziarskich reformatorów z Miodowej, ani melodramatyzm i rozpłomienienie opozycji nie przybliżają nas do rozwiązania tego węzła gordyjskiego.

Przypominam, że jeszcze przed dziesięciu laty, kiedy nieodżałowanej pamięci Zbigniew Religa nieśmiało napomykał o sieci, Radziwiłł ostrzegał o „niebezpiecznej utopii tego pomysłu, który miałby sprowadzić centralizm i etatyzm na skalę niespotykaną w żadnym nowoczesnym kraju”. Pewnie nie on pierwszy i nie ostatni swój punkt widzenia dopasowuje do punktu siedzenia.

gnys-kwiet3

Tak naprawdę chodzi o pieniądze

A właściwie o ich chroniczny niedostatek w ochronie zdrowia. Celem tej „operacji sieciowej” jest medialne stworzenie mamidła i błędnego mniemania, że przeniesienie kolejek z jednego miejsca na inne, będzie dobrodziejstwem dla pacjentów/wyborców. Reszty dopełnią rządowe ekipy reporterskie, które w porze największej telewizyjnej oglądalności pokażą opustoszałe korytarze, dotychczas obleganych SOR-ów. Z punktu widzenia władzy, która chełpi się zapowiedziami, że będzie nami rządzić przez kolejne dekady, skupienie skąpych zasobów finansowych i medycznych profesjonalistów w uprzywilejowanej grupie szpitali, bez większego związku z jakością usług czy potrzebami społecznymi, jest sprytnym socjologicznym zabiegiem. Tyle tylko, że to po prostu mistyfikacja.

Tymczasem codzienność jest nieco bardziej brutalna. NFZ przeznacza na leczenie w szpitalach około 30 mld zł. Wszyscy wiedzą, że to zdecydowanie za mało. Trąbią o tym od 27 lat. Ale nie wszyscy zdają sobie sprawę, że nie ma z czego dołożyć, bo teraz za brakujące miliardy trzeba wspierać dzietność naszych rodaków i organizować obronę terytorialną.

 

Czy się stoi, czy się leży…

Chyba tylko dogmatycy nie dostrzegą, że rządowa ustawa spowoduje wydłużenie się kolejek, a także zwiększenie zadłużenia szpitali. Bo nadal nie będą uregulowane płatności za nadwykonania. Niezależnie od tego, ile szpitale zrobią, dostaną tylko tyle, ile odgórnie ustali polityczny dysponent, który z pewnością znajdzie sprzymierzeńców w swoich przepastnych instytutach i szpitalach klinicznych. A prywatne szpitale będą się mogły obejść smakiem. Jeśli w ogóle dostaną kontrakty, to groszowe. A o idei powołania konsorcjów, czyli stworzenia organizacji łączących szpitale publiczne z tymi jednodniowymi, czy AOS będą mogły sobie pomarzyć.

Dziś gołym okiem widać, że sieć nie może dotyczyć tylko szpitali, bo będzie ułomna. Potrzeby zdrowotne obywateli splatają się z terytorialnym miejscem udzielania usług, także w zakresie rehabilitacji leczniczej, psychiatrii i leczenia uzależnień, leczenia długoterminowego, stomatologii, zaopatrzenia ortopedycznego, etc. Szczególnie wyraziste jest to w przypadku AOS, gdzie mamy do czynienia z zagęszczeniem poradni specjalistycznych w metropoliach, przy braku podstawowych poradni w mniejszych miejscowościach.

 

Pacjent dla polityków to tylko wyborca

Jedno jest pewne: wszyscy bez wyjątku będziemy się uczyć tego systemu od nowa. Szpitale – innego podziału wewnętrznego pieniędzy. Świadczeniodawcy prywatni – przestawienia się na obsługę prywatnych pacjentów płacących z własnej kieszeni. Lekarze, pielęgniarki i personel medyczny – nowych reguł kwalifikacji, kompleksowej obsługi i rozliczania procesu leczenia pacjenta.

A pacjent? Przecież to tylko wyborca, jak głosi każda partyjna drwina. Jak będzie mniej placówek i mniej łóżek – bo nie wszyscy zakwalifikują się do sieci – to nie ma siły, żeby mu było lepiej – ostrzega Andrzej Sośnierz (PiS).

Sieci nie można zadekretować raz na zawsze. Trzeba stale analizować jej skuteczność. Można wierzyć albo nie, że dane z map potrzeb zdrowotnych będą obiektywne. Ale przecież z czasem zmienią się zasoby, oby na lepsze, co może dać szansę na zwiększenie liczby oddziałów, poradni czy pracowni w sieci. Nie wspominając już o kompetentnych ekspertach, których będą potrzebować centralne i wojewódzkie instytucje zarządzające siecią. Ktoś będzie musiał spokojnie, niekoniecznie w rytm partyjnych werbli, bezstronnie potwierdzić, że białe to białe, a nie czarne.

Miejsce szpitala w sieci powinno być nobilitacją dającą szansę na strategiczny rozwój, a nie skokiem na kasę kosztem innych podmiotów. Inaczej będzie to pic na wodę i nowa klątwa, rzucona na społeczeństwo, które i tak cierpliwie dopłaca z własnej kieszeni za swoje zdrowotne upokorzenia. Czas pokaże, co będzie prawdziwą ceną tej systemowej operacji. I oby pacjent, dosłownie i w przenośni, wyszedł z niej żywy.

Marek Stankiewicz

Napisz komentarz