Bylejakość szpeci medycynę

Współczesny człowiek coraz śmielej sięga po korektę własnego wyglądu. Białe zęby, piękny nos, modelowane usta i okazały biust, zero zmarszczek i cieni pod oczami, jędrna skóra dłoni, stóp i pośladków, przybliżają nas do finansowego sukcesu. Tak więc, jak grzyby po deszczu wyrastają gabinety medycyny estetycznej, które niczym salony piękności oferują swoje usługi. A to już wymyka się empirycznej medycynie, której uznaną specjalnością jest jedynie chirurgia plastyczna.

Granica pomiędzy rekonstrukcyjną chirurgią plastyczną a medycyną estetyczną staje się coraz bardziej zamazana. Przynajmniej dla zwykłego zjadacza chleba. O ile otyłość w zespole metabolicznym można uznać za chorobę, to już pokaźną nadwagę, wynikającą z obżerania się pizzą zamiast sałatkami, można wpisać w defekty wywołane przez skutki naturalne. O ile operacje nosa w przypadku dysmorfofobii można uznać za zabieg leczniczy, o tyle jego korektę, bez współistnienia zaburzeń psychicznych, a jedynie z chęci poprawy własnej atrakcyjności, zaliczamy do zabiegów medycyny estetycznej. Przebieg i efekty przeprowadzonych zabiegów są często podobne, ale intencje zgoła różne. Jedne mają przywrócić zdrowie, drugie poprawić urodę.

 

O co więc chodzi?

Ano ozabiegi, które są atrakcyjne dla klientek, dają szybkie i widoczne efekty oraz można na nich dobrze zarobić. Tymczasem minister zdrowia w rozporządzeniu z 2013 roku stwierdził, że świadczenia z zakresu chirurgii plastycznej lub kosmetycznej mogą być refundowane tylko wtedy, gdy są udzielane w przypadkach będących następstwem wady wrodzonej, urazu, choroby lub następstwem ich leczenia. A nie poprawienia dzieła Stwórcy.

No to co jest upiększaniem, a co leczeniem. Aż się prosi, by ktoś zdefiniował pojęcie zdrowia. Ale im głębiej w las, tym więcej drzew.

Niestety, zdrowie jest zjawiskiem bez uniwersalnej normy. Zależy bowiem od tego, kto się bierze za interpretację tego pojęcia. Badacze dowodzą, że co najmniej co trzeci pacjent, zgłaszający się do placówek lecznictwa otwartego to osoba, u której nie stwierdza się choroby organicznej. Z punktu widzenia praktyki klinicznej są to zatem ludzie zdrowi, choć ich subiektywne odczucie przekonuje o czymś wręcz odwrotnym. Wg WHO, zdrowie to nie tylko brak choroby czy ułomności, lecz stan pełnego fizycznego, umysłowego i społecznego dobrostanu. A z kolei dobrostan jest synonimem dobrego samopoczucia i odnosi się do subiektywnej oceny zdrowia. Taka nieprecyzyjność pojęć wiedzie nasze rozważania z leśnego zagajnika wprost do dżungli.

 

Łatwiej zdefiniować chorobę niż zdrowie

Medyczne ujęcie zdrowia redukuje człowieka tylko do sfery cielesnej. Okazuje się, że łatwiej zdefiniować chorobę niż zdrowie. Swoje trzy grosze wrzuca do definicji zdrowia Konstytucja RP, która gwarantuje każdemu równy, niezależny od sytuacji materialnej dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej.

Zdrowie w prawie cywilnym jest przede wszystkim dobrem osobistym, którego zawinione naruszenie wymaga odszkodowania. A w medycynie estetycznej można naprawdę zdrowo narozrabiać. Zmniejszenie nosa może skutkować trudnościami z oddychaniem. Zafundowanie sobie niewłaściwego rozmiaru implantów za ciężkie pieniądze może trwale upodobnić nasz uśmiech do krwiopijczego wampira. Zbyt
energiczne majstrowanie przy liftingu twarzy skutkowało już paraliżem z powodu uszkodzenia zakończeń nerwów czaszkowych lub niezdolnością do zamknięcia całej powieki. Lista szkód wywołanych wadliwymi i nieprzemyślanymi zabiegami estetycznymi jest długa.

Najbardziej przykre dla lekarza i pacjenta są te powikłania i niepowodzenia, kiedy trzeba po prostu coś poprawić lub wykonać niezbędną korektę. Zarozumiali lekarze wówczas próbują bronić swoich dokonań jak niepodległości, a rozgoryczony pacjent często w swym zacietrzewieniu oskarża cały stan lekarski z przyległościami. Żadna taka wojenka lekarza z pacjentem nie przysłużyła się jeszcze medycynie.

 

Certyfikat zamiast wiedzy i pokory

Każdą z 78 specjalizacji lekarskich uznawanych w Europie zdobywa się w Polsce przez co najmniej 5-6 lat i kończy piekielnie trudnym egzaminem PES. Dyplom ukończenia kursów z medycyny estetycznej w wyższej szkole handlowej na Śląsku można sobie zdobyć meldując się na liście obecności dwa razy w miesiącu w ciągu dwóch semestrów. Odpowiednie certyfikaty, które będzie można umieścić w poczekalni swojego studia estetycznego na prowincji kosztują tylko 15 tysięcy złotych.

Szczerze mówiąc, zakres kompetencji lekarza medycyny estetycznej lokuje się gdzieś pomiędzy kosmetologią a chirurgią estetyczną. W odróżnieniu od chirurgii plastycznej, medycyna estetyczna opiera się wyłącznie na zabiegach o charakterze małoinwazyjnym.
Są to jednak interwencje bardziej zaawansowane, coraz mocniej ingerujące w głębsze partie skóry niż z pozoru niewinne kosmetologiczne naruszenia naskórka.

Modna medycyna estetyczna nie jest lekarską specjalnością. Europejska Unia Lekarzy Specjalistów (UEMS) systematycznie odrzuca wnioski niemieckich i włoskich lekarzy o uznanie medycyny estetycznej za specjalność uznawaną w całej Unii Europejskiej. To najwyżej umiejętność, którą może posiąść lekarz każdej innej specjalności. Tak naprawdę nikt nie kontroluje kompetencji lekarza wstrzykującego botoks bez odpowiedniego przeszkolenia. Niestety, znam coraz więcej lekarzy, którzy już zaraz po dyplomie robią kursy, by później od razu zacząć pracę we własnym gabinecie jako specjalista. Szczerze odradzam korzystanie z usług u farbowanych lisów. Chałtura jest synonimem bylejakości.

Ktoś tym bałaganem sprytnie zarządza, bo ma spory tort do podziału. Co więc z tym zrobić? To tak, jakby próbować stwierdzić, kto powinien gotować. Zależy co? Jajecznicę może każdy. Kaczkę w pomarańczach – ktoś, kto już trochę się zna na kuchni. Ale zawodowy kucharz na pewno poradzi sobie z tym doskonale.

Marek Stankiewicz

stankiewicz@hipokrates.org