Być w ruchu – zawsze!

Lekarz z pasją

z Marią Durą, kierownikiem ZOL w Szpitalu Neuropsychiatrycznym w Lublinie, skarbnikiem LIL i pasjonatką życia w ruchu, rozmawia Anna Augustowska

 

  • Początek to cztery, czy od razu dwa kółka?

– Dwa! Ale też pomoc Rodziców. Czyli asekuracja przy pomocy kija przy siodełku, którym Tato utrzymywał mnie w równowadze. Pomoc była skuteczna, bo szybko nauczyłam się samodzielnie jeździć i chyba obyło się bez większych kontuzji. W każdym razie nic takiego nie pamiętam poza tym, że jazda na rowerze od razu mi się spodobała.

 

  • A pierwszy rower?

– Też pamiętam, oczywiście! To był rower Bobo, miał czerwony kolor. Później jeździłam na składakach, także na słynnych wigrach, produkowanych przez Romet. To były rowery, którymi hamowało się kręcąc pedałami do tyłu, były też dość ciężkie, nie miały przerzutek. Ale jeździło się nimi znakomicie. To w ogóle był czas, kiedy ciągle było się w ruchu. Bez siedzenia przy komputerze czy telewizorze, bo dla dzieciaków nie było wtedy zbyt wielu programów. Biegało się więc po podwórku bez względu na porę roku. W lecie oczywiście królował rower, a zimą chodziłyśmy z siostrą na lodowisko, które wtedy mieściło się przy ul. Grottgera. Wspaniała sprawa!

 

  • Szkolne życie zachęcało do sportu?

– Nie tylko zachęcało, ale stało się stylem życia. W liceum – chodziłam do Zamoya – byłam w klasie sportowej. Grałam w koszykówkę. Na studiach byłam w akademickiej reprezentacji koszykówki, brałam nawet udział w mistrzostwach Polski akademii medycznych, które odbywały się w Białymstoku.

 

  • To jednak rower zdominował późniejsze lata?

– Zdecydowanie i to na wiele lat. Dopiero teraz to się zaczyna trochę zmieniać. Wcześniej razem z mężem przez kilkanaście lat co roku spędzaliśmy urlop jeżdżąc rowerem. To były też weekendy, jakieś dłuższe lub krótsze wypady choćby do znajomych gdzieś pod Lublin.
Zawsze rowerem albo z rowerem, bo jadąc w dłuższe trasy, gdzieś dalej, ładowaliśmy rowery na samochód i dopiero będąc u celu organizowaliśmy sobie wypady na rowerach. Kiedy nasze dzieci były jeszcze małe, zamiast na rowerach zwiedzaliśmy m.in. Beskidy, czy Sudety maszerując z plecakami. Generalnie nie należymy do ludzi, którzy leżą na plaży – zawsze wybieraliśmy spędzanie czasu w ruchu, aktywny odpoczynek jest najlepszy.

 

  • Te rowerowe wyprawy to było bardziej zwiedzanie, czy wyrabianie jakichś dystansów z naciskiem na: „dzisiaj robimy 50 km”?

– Nie jestem i nie byłam nastawiona na wyczynowe uprawianie sportu. Potrzebuję ruchu ale to ma być przyjemność, frajda a nie napinanie się, aby za wszelką cenę „wyrobić” jakąś normę. Dla mnie ważne było zwiedzanie ciekawych zakątków Polski i połączenie tego z rowerowymi wyprawami. Raz były to wyjazdy odległe np. na Suwalszczyznę, Żuławy czy ziemię lubuską, gdzie zobaczyłam np. Międzyrzecki Rejon Umocniony, czyli system umocnień stworzony przez Niemców w latach 1934–1944 dla ochrony wschodniej granicy. To jedne z największych podziemi fortyfikacyjnych świata. Znajduje się tam rezerwat
nietoperzy. Wspaniałe trasy rowerowe są nad brzegiem Bałtyku, m.in. trasa ze Świnoujścia do Niemiec. Trudne ale piękne jest zwiedzanie Bieszczad rowerem. Obok tych dalekich od Lublina tras, były też te bliższe np. przez wąwozy wokół Kazimierza nad Wisłą, czy na Polesie, gdzie trasy prowadzą przez rezerwaty. Pamiętam też, jak wybraliśmy się z rowerami do Chorwacji. Nie dotarliśmy jednak, bo w Budapeszcie samochód popsuł się nam tak skutecznie, że wróciliśmy wioząc go na lawecie. To chyba najmocniejsza przygoda, bo przebite dętki się nie liczą – to normalne awarie, niejako wpisane w wyprawę.

 

  • Rowerowo, czyli rodzinnie i wakacyjnie?

– Niekoniecznie. Od 8 lat co roku biorę udział w rowerowym rajdzie dla lekarzy, który organizuje częstochowska izba lekarska. Nie tylko jeździmy na rowerach, ale chętni mogą też wziąć udział w spływie kajakowym Liswartą. Bardzo sobie cenię rowerowe wyprawy, które organizują lekarze z Biłgoraja, a także rowerowy rajd, który prowadzi z Lubyczy Królewskiej na Ukrainę.

 

  • Rower jest bezkonkurencyjny?

– Hm… ostatnio ma konkurencję. Odkryłam urok maszerowania. Chodzenie uaktywnia wszystkie mięśnie i co ważne – nie obciąża. Jazda rowerem mimo swych zalet obciąża nadgarstki, nie zawsze też służy kręgosłupowi. Przy dłuższych trasach to się naprawdę czuje. A chodzenie daje superenergię, dotlenia, poprawia kondycję, jest tanie – wystarczą wygodne buty i można ruszać. Chodzenie nie wymaga jakichś technik, czy umiejętności. Trzeba tylko znaleźć czas i przestrzeń. A najprościej – po prostu wyjść z domu i iść.

 

  • Łatwo znaleźć na to czas?

– Powinnam powiedzieć: „dla chcącego nic trudnego” i w moim przypadku tak właśnie jest. Kilka razy w tygodniu ruszam z domu trasą, która w obie strony (tam i z powrotem) wynosi 20 km. Bardzo szybko buduje się kondycję. Poza tym dwa razy w tygodniu chodzę na zajęcia z fitness. Nie odpuszczam – mimo wielu zajęć, obowiązków w pracy itd. Po prostu nie wyobrażam sobie życia bez aktywności fizycznej. Poza tym jestem dobrze zorganizowana.

Napisz komentarz