Aptekarz zamiast farmaceuty

Szkoda gadać

 

W PRL farmaceuci należeli do najpodlej wynagradzanych pracowników służby zdrowia. Wydziały farmaceutyczne uczelni medycznych przyjmowały wszystkich, którym nie powiodło się w egzaminach na medycynę. Apteki przypominały czasem ponure muzealne magazyny podrzędnych i przestarzałych leków, a nie jak dziś wytworne drogerie, gdzie leki czasem są dodatkiem do intratnego biznesu. Prędzej tam cukrzyk zaopatrzy się w cudowny szampon niż w potrzebną mu od zaraz insulinę. Najgorzej, że są tacy, którzy uważają, że to w niczym nie przeszkadza.

Gdzie się podziały tamte apteki?

Ze współczesnych aptek zniknęły stoły i stanowiska, gdzie przyrządzano syropy, zawiesiny, czopki, maści, żele, kremy, aerozole, płukanki, proszki dzielone, kapsułki, globulki itd. Dziś młode dziewczęta pewnie nie aspirują do zawodu fasowaczki, bo pracy szukałyby ze świeczką. A to właśnie były pracownice apteki bez wykształcenia, zajmujące się odważaniem, odliczaniem i pakowaniem odpowiednich porcji leków, zgodnie z ordynacją lekarską.

Kiedy komuna już dokonała żywota, prywatne apteki wyrastały jak grzyby po deszczu, a ubodzy farmaceuci zamienili się w dostojnych aptekarzy, sama apteka była postrzegana dwuznacznie, zarówno przez nich samych, jak i pacjentów. Kiedy poczciwego zjadacza chleba zaboli głowa, to po ulgę pobiegnie do sklepu z tabletkami, należącego do lokalnego krezusa czy do Apteki Pana Magistra? No bo dokąd ze swoimi dolegliwościami zazwyczaj w pierwszej kolejności przychodzi pacjent? Do lekarza? Nic bardziej mylnego – pacjent idzie do apteki! Co więcej, tam szuka pomocy, porady i zrozumienia. Dziś do rzadkości można zaliczyć pełne egzaltacji i oburzenia reakcje zazdrosnych o pacjenta lekarzy. Tym bardziej że dziś na wizytę u specjalisty czeka się miesiącami. Medycyna to dziś dyscyplina zespołowa, a nie arena walki o rząd dusz.

Wszechobecna konkurencja, ekspansja rynkowa, coraz większa świadomość pacjentów, ale również ograniczenia promocji i reklamy w aptekach, sprawiają, że satysfakcja pacjentów
i prawidłowe funkcjonowanie apteki, wciąż zależy od farmaceuty, a nie właściciela czy udziałowca apteki. Chyba nie zależy nam, aby tak jak w Kanadzie w aptekach sprzedawano papierosy lub ustawiano lottomaty.

Sprzedawca czy doradca?

Kim więc ma być farmaceuta? Sprzedawcą? A może jednak doradcą? Warto uświadomić sobie, w czym tkwi różnica. W transakcjach finansowych nie ma miejsca na refleksję i głębszą analizę powodu zakupu. Liczy się tylko obsługa klienta, która tak naprawdę ogranicza się do podania towaru i rozliczenia zakupu. Sprzedaż leków to nie jest zestaw sztampowych sztuczek, które mają wyciągnąć od chorego człowieka parę złotych, zaś sprzedaż komplementarna, czyli polecenie produktów uzupełniających w stosunku do głównego, podstawowego leku jest okazją dla pacjenta i apteki. Pacjent dostaje dodatkowe informacje, że może uzupełnić leczenie i spojrzeć na swoją sytuację całościowo.

Nie chodzi o to, żeby z farmaceutów zrobić felczerów ani lekarzy bis. Profesjonalny farmaceuta ma uniwersytecką wiedzę nie tylko o lekach, ale potrafi porozumieć się z chorym człowiekiem oraz reagować w trudnych sytuacjach. Sprzedaż leku nie może być celem samym w sobie dla aptekarza. Mam tu na myśli sytuację, kiedy pacjent kupił w aptece odpowiedni dla niego preparat, stosował go zgodnie ze wskazaniami i nie przerwał leczenia. Dopiero wtedy farmaceuta może cieszyć się zawodowym spełnieniem.

Opieka farmaceutyczna, finansowana ze środków publicznych, funkcjonuje z powodzeniem w wielu krajach. Dla francuskiego farmaceuty, który stoi za pierwszym stołem aptecznym, naturalne jest zebranie krótkiego wywiadu, określenie zagrożeń i możliwych inter­akcji z lekami, które pacjent już stosował. Poza tym Pan(i) Magister może pomóc pacjentowi uniknąć problemów polekowych w sytuacji, gdy ten namiętnie leczy się u wielu lekarzy.

Potrzebne nowe regulacje

Ale nie wszystko zależy od dobrych chęci aptekarzy. Niejedna polska apteka wpadła na dobre w sidła reklamy, promocji i specjalnych przecen. Chociaż apteki nadal mogą legalnie informować o swojej działalności, dozwoloną informację od zakazanej reklamy dzieli cieniutka granica, spowita mgłą podejrzeń, domysłów i insynuacji. Wywieszenie plakatu, reklamującego lek w witrynie apteki widocznej dla przechodniów z ulicy, może być już przykładem jednoczesnej reklamy leku i samej apteki, zwłaszcza jeśli plakat zawiera hasło typu „tylko u nas w nowej, niższej cenie!”.

Doświadczenia światowe pokazują, że jeśli aptekarz wchodzi na drogę reklamy, to diabli biorą autorytet jego apteki jako placówki ochrony zdrowia. Co gorsza, farmaceutów w niej pracujących pozostawia się nie tylko z poczuciem zawodowej krzywdy, ale również obciachu. Opieka farmaceutyczna w naszym kraju dopiero raczkuje. Tak naprawdę nie doczekała się jeszcze ustawowej definicji. Aby mogła zaistnieć, musiałaby być szczelnie zabezpieczona pod kątem tajemnicy wywiadu przeprowadzonego z pacjentem. Organizowanie opieki farmaceutycznej na własną rękę ociera się o te właśnie niebezpieczeństwa.

Światełko w tunelu

Marcin Czech, od niedawna wiceminister zdrowia, zapowiedział powrót do prac nad opieką farmaceutyczną i ustawą o zawodzie farmaceuty. Resort zdrowia ponoć zamierza przyjrzeć się też receptom farmaceutycznym. Wiceminister przyznał, że czeka nas nowelizacja prawa farmaceutycznego. Nie tylko jego zdaniem, opieka farmaceutyczna mogłaby skrócić drogę pacjenta do uzyskania pomocy i jednocześnie odciążałaby resztę systemu ochrony zdrowia.

Można oczywiście zżymać się na tych, dla których opieka farmaceutyczna to magiczna pułapka zastawiona na pacjenta. Ale tylko farmaceuci mogą sprawić, że będzie wykorzystywana w odpowiedni sposób. Jak? W prosty sposób, bez czekania na narzędzia, zasady, wytyczne lub przepisy. Podziękują im za to pacjenci.

Marek Stankiewicz