Ponieważ jesteśmy lekarzami

z Witoldem Fijałkowskim,
pierwszym prezesem odrodzonej w 1989 roku Okręgowej Rady Lekarskiej w Lublinie,
rozmawia Anna Augustowska

 

  • To był słoneczny dzień, czy raczej listopadowa szaruga?

– Niestety, zupełnie tego nie pamiętam. Być może dlatego, że dzień spędziłem na sali, nie wykluczam też zaburzeń pamięci, charakterystycznych dla wieku podeszłego lub nadmiaru emocji, jakie mi wtedy towarzyszyły. Musiały być bardzo silne, bo nawet nie bardzo pamiętam, w którym miejscu zebraliśmy się na obrady. Chyba gdzieś w centrum?

  • To ja przypomnę: spotkanie 30 lat temu – 6 listopada 1989 roku – odbyło się w dzisiejszym budynku Sądu Apelacyjnego przy ul. Lipowej 13 (dawniej mieścił się tu Komitet Miejski PZPR). To tam zorganizowano pierwszy Okręgowy Zjazd Lekarzy, który chyba wiele zmienił w Pana życiu?

– Zmienił bardzo wiele! Co prawda do dziś nie wiem dokładnie, dlaczego to mnie wybrano wtedy na stanowisko prezesa OIL. Byłem anestezjologiem zatrudnionym w Szpitalu Klinicznym nr 1 przy ul. Staszica, bardzo w tym czasie skoncentrowanym na tworzeniu oddziału intensywnej terapii. Realizacja tego zamierzenia bardzo mnie wtedy pochłaniała. Miałem w głowie świeżo przywiezione, po rocznym stażu w Anglii, pomysły, jak taki oddział powinien funkcjonować. I co tu kryć, podejmowanie wyzwania, jakim niewątpliwie było kierowanie reaktywowanym samorządem, nie bardzo mi wtedy odpowiadało. Tym bardziej że znałem wielu bardziej godnych ode mnie kandydatów do tej funkcji.

  • Ale koledzy uznali, że to Pana kandydatura jest najlepsza! Uosabiał Pan wartości, do których wtedy wszyscy tęsknili.

– To były czasy ogromnej przemiany ustrojowej i ucieczki od tego, co większości z nas doskwierało. Przypuszczam, że nie bez znaczenia była moja aktywność w okresie stanu wojennego, udział w Komitecie Obywatelskim, pewne cechy osobowościowe. Najwyraźniej spełniałem kryteria, którymi kierowała się większość głosujących. Ale ostateczną decyzję o kandydowaniu podjąłem nieco przez przekorę – kiedy zaczęto na mnie wywierać presję, abym zrezygnował z ubiegania się o stanowisko prezesa.

  • Wyrażenie zgody to jedno, ale delegaci – przypomnijmy, że była to duża grupa lekarzy i lekarzy dentystów z siedmiu ówczesnych województw – przed podjęciem decyzji na kogo głosować, miała wysłuchać kandydatów. Pana program zrobił wrażenie i przechylił szalę zwycięstwa.

– Swój program przedstawiałem jako ostatni. Być może miało to znaczenie, że wysłuchałem swoich poprzedników. Uznając ich wystąpienia za nieco sztampowe i zbyt długie, w ostatniej chwili zdecydowałem się zmienić konwencję. Posłużyłem się pewnym epizodem z mojego niedawnego pobytu w Anglii.

Już po podjęciu pracy w szpitalu pewnego ranka, wraz z moim bezpośrednim zwierzchnikiem, udałem się na posterunek policji w celu dopełnienia formalności pobytowych. Przyjęto nas natychmiast, rozmowa była rzeczowa i krótka, udzieliłem wymaganych informacji. Kiedy wracaliśmy do szpitala, wyraziłem zdziwienie, że nikt nie żądał ode mnie żadnych dokumentów. Widziałem, że mój towarzysz przez chwilę zastanawiał się o co mi chodzi, po czym z uśmiechem oświadczył: „Przecież jesteśmy lekarzami”. Siła tych słów wywarła na mnie wtedy ogromne wrażenie. Jak się okazało nie tylko na mnie, ale też na zebranych na sali lekarzach, bo kiedy zakończyłem swoje wystąpienie dodając, że będę robił wszystko, żeby status lekarza w Polsce miał taką samą rangę, jak ma w Anglii, dostałem brawa.

  • I zdecydowanie najwięcej głosów. Ale to nie był jedyny sukces tego dnia?

– Zawsze będę doceniał wielkoduszność i mądrość kolegów, którzy pozwolili mi dobrać sobie najbliższych współpracowników. Zaakceptowano wszystkich proponowanych przeze mnie kandydatów do Rady Okręgowej. Był to dowód wielkiego zaufania sprawiający, że „urosły mi skrzydła”. Mam nadzieję, że tego zaufania nie zawiodłem. Chciałbym uniknąć patosu, ale nie mogę się oprzeć stwierdzeniu, że dla mnie był to również znak czasów – wzajemnej życzliwości, oczekiwań i wiary w dobro wspólne. Dziś patrząc na bezwzględne reguły walki wyborczej, trudno sobie coś takiego wyobrazić.

  • Czy dzisiaj patrząc z perspektyw minionych trzech dekad, spełniły się marzenia twórców odrodzonego samorządu?

– To bardzo trudne pytanie i pewnie każdy odpowie inaczej. Trzeba mieć świadomość, że jest to obszar ścierających się sił, interesów i uwarunkowań, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Jako główne zadanie samorządowi powierzono dbałość o interes publiczny (przez co rozumieć należy jakość wykonywania zawodu), przyznając mu niejako w ramach rekompensaty pewne przywileje. Na jakość wykonywania zawodu składa się zbyt wiele czynników, aby odpowiedzialność zań spoczywała wyłącznie na samorządzie. Wystarczy zauważyć, że od 1989 roku mieliśmy 19 ministrów zdrowia(!), a w ochronie zdrowia mamy do czynienia z tymi samymi problemami, co w pierwszej kadencji. To w pewnej mierze wyjaśnia, dlaczego pojawiają się zarzuty, że samorząd lekarski przedkłada własne interesy korporacyjne ponad interes publiczny.

Swoje główne zadanie samorząd stara się realizować. Zapisem reguł działania w interesie publicznym jest uchwalony w 1991 roku Kodeks Etyki Lekarskiej, uchwalony przez lekarzy dla pacjentów. Są sukcesy i są porażki. Trzeba się z pierwszych cieszyć i uczyć na drugich. Bo prawdą jest, że nie ma rzeczy, której nie można by zrobić lepiej.


Witold Fijałkowski – anestezjolog, ordynator II oddziału klinicznego Katedry i Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii AM w Lublinie PSK1 w Lublinie, Honorowy Prezes Okręgowej Izby Lekarskiej Lublinie.

Naprawdę chcieliśmy
mieć samorząd

Ponieważ jesteśmy
lekarzami

Hartowanie
izby lekarskiej

Jak to z Medicusem
było…

Odwaga była
wtedy droższa