Naprawdę chcieliśmy mieć samorząd

z prof. Ewą Tuszkiewicz-Misztal,
inicjatorką reaktywowania samorządu lekarskiego;
w I kadencji izb lekarskich pełniła funkcję sekretarza Naczelnej Rady Lekarskiej,
rozmawia Anna Augustowska

 

  • Tegoroczna rocznica 30-lecia odrodzenia samorządu lekarskiego to dobra okazja, aby przypomnieć, że początków reaktywacji izb lekarskich powinniśmy szukać dużo wcześniej, bo już w1981 roku?

– To prawda. Bez tamtej próby, którą brutalnie przerwał wprowadzony już w trakcie naszych niemal finalnych obrad, stan wojenny wprowadzony w grudniu 1981 roku, nie wiem, czy tak szybko w maju 1989 roku doszłoby do uchwalenia ustawy o izbach lekarskich. Bo o odrodzeniu naszego samorządu zaczęliśmy myśleć wkrótce po podpisaniu porozumień sierpniowych w 1980 roku. Pierwsze próby i przymiarki do tego powstały na fali szalonego optymizmu, jaki ogarnął wtedy całą Polskę. Lekarze działający w strukturach Solidarności, zaczynali tworzyć zręby przyszłych struktur samorządowych. Powołano Krajową Komisję Zdrowia i jej regionalne oddziały.

  • Nie kryję, że z ogromnym wzruszeniem trzymam Kartę Uczestnictwa, jaką wydano Pani 16 maja 1981 roku w trakcie Ogólnopolskiej Sesji, którą zorganizowała w Bydgoszczy Krajowa Komisji Zdrowia NSZZ „Solidarność”.

– To dowód na to, że już wtedy spotykaliśmy się, zjeżdżając z całej Polski, aby dyskutować i tworzyć pole do wspólnych działań i zmagać się z kulawym projektem ustawy o izbach lekarskich. W Lublinie także tworzyliśmy pierwsze zręby organizacyjne. W sierpniu 1981 roku Komisja Zakładowa Solidarności Akademii Medycznej w Lublinie rozesłała aż tysiąc zaproszeń do lekarzy naszego regionu na zebranie, które miało rozpocząć prace nad organizacją lubelskiej izby lekarskiej, ale odzew był bardzo marny – przybyło około 60 osób. Byłam organizatorem tego spotkania i poczułam bolesne rozczarowanie. Z drugiej strony to były całkowicie pionierskie czasy i sama idea samorządności dopiero się w nas kształtowała. Co prawda w tym czasie do Sejmu wpłynął już projekt ustawy o izbach lekarskich, przygotowany przez Polskie Towarzystwo Lekarskie, ale był on niezgodny z zasadami demokracji i dążył do podporządkowania izb Ministerstwu Zdrowia, na co nie mogliśmy się zgodzić. Trwały więc intensywne prace nad przeforsowaniem projektu firmowanego przez Solidarność. Niestety, nie zdążyliśmy, bo w trakcie obrad nad uchwałą o potrzebie reaktywowania samorządu lekarskiego, które toczyły się od 12 grudnia 1981 r. w Poznaniu na Ogólnopolskiej Konferencji Lekarzy zwołanej z inicjatywy Sekcji Służby Zdrowia NSZZ „Solidarność”, w nocy 13 grudnia wprowadzono stan wojenny. Pamiętam, że te obrady w pewnym momencie zostały przerwane komunikatem jednego z lekarzy, abyśmy jak najszybciej opuścili miejsce naszego spotkania, wymeldowali się z hotelu i natychmiast wyjechali z Poznania. Nie wiem, skąd wiedział, że tej nocy będzie ogłoszony stan wojenny, nie wiem, co by było gdybyśmy zostali, ale zapewne czekałby nas taki sam los, jak obradujących w tym samym czasie w Gdańsku
członków Komisji Krajowej „S”, których internowano. Ja i Barbara Bogdańska (lekarka z Lublina) zdążyłyśmy złapać pociąg do Warszawy a potem, jakimś cudem wskoczyłyśmy do pociągu wiozącego żołnierzy na przysięgę, który jechał chyba do Zamościa przez Lublin. I tak 13 grudnia około godz. 5 rano znalazłam się w Lublinie. Z tego dnia mam zachowaną do dziś delegację, czyli polecenie służbowego wyjazdu do Poznania, którą wystawiła mi Komisja Zakładowa „S” z naszej Akademii Medycznej. Kiedy 10 grudnia 1981 roku wsiadałam do pociągu nie miałam pojęcia, co zastanę po powrocie…

  • Zaczął się ponury czas zawieszenia, który trwał aż do przełomu w 1989 roku, którego początkiem były obrady Okrągłego Stołu?

– Tak, i trzeba tu podkreślić, że przyjęta przez Sejm 17 maja 1989 roku ustawa o izbach lekarskich to był w zasadzie dopiero początek. Miesiąc później, 19 czerwca, Rada Państwa powołała Komitet Organizacyjny Izb Lekarskich. Decyzją tego komitetu powołano tyle lekarskich izb okręgowych, ile było ośrodków akademickich, a więc 11 oraz 3 izby branżowe: wojskową, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i kolejową. Taki podział miał obowiązywać do czasu I Krajowego Zjazdu Lekarzy. Bo nie wzbudzał on pełnej akceptacji lekarzy.

  • To był moment, w którym zaczął działać także lubelski komitet organizacyjny. Entuzjazm, czy …?

– Z jednej strony oczywiście entuzjazm, ale przede wszystkim ciężka praca, także z oporem części środowiska, która nie pałała chęcią zmian. Poza tym nie mieliśmy zbyt wielu narzędzi, aby się organizować. W pierwszej kolejności musieliśmy przeprowadzić wybory do władz lokalnych a to wiązało się z przygotowaniem instrukcji wyborczej, bo nie było jeszcze pełnej ordynacji wyborczej, a potem z przeprowadzeniem już samych wyborów. Chcę tu przypomnieć, że nasz okręg to było wtedy aż siedem ówczesnych województw! Wśród nich było siedleckie i radomskie – ich przedstawiciele robili wszystko, aby nie wchodzić w struktury izby lubelskiej. Innym punktem zapalnym były kryteria wyboru delegatów. Generalnie klimat był trudny. Całe „biuro” związane z logistyką tworzenia izby woziłam w bagażniku mojego auta a obawa, że ktoś mi samochód ukradnie, towarzyszyła mi cały czas.

  • W zachowanym komunikacie KZ NSZZ „S” Akademii Medycznej w Lublinie, który powstał już po uchwaleniu ustawy o izbach lekarskich, czytamy m.in.: „Obowiązkiem naszym jest dążenie, aby we władzach izb znaleźli się lekarze, do których mamy bezwzględne zaufanie zarówno pod względem zawodowym, jak i etycznym i moralnym. Tylko przy zachowaniu tego warunku izby lekarskie mogą spełnić swoje zadanie i podnieść rangę zawodu lekarza”. Udało się?

– Kandydaci, których wyłoniliśmy do wszystkich organów tworzącej się izby (do ich powołania upoważniła nas Regionalna Komisja Koordynacyjna Służby Zdrowia Regionu Środkowo-Wschodniego NSZZ „S”), to byli ludzie spełniający te kryteria. I ta lista, do stworzenia której zostali z ramienia „S” upoważnieni: Ewa Kopacz, Andrzej Jóźwiakowski, Wojciech MarciniakMarek Stankiewicz (te osoby celująco odrobiły swoją lekcję – każdy delegat wchodząc na salę obrad dostał pełną listę kandydatów do władz), została ona przyjęta niemal
w całości przez zjazd lekarzy, który odbył się 6 listopada 1989 roku – co za paradoks – w dawnym budynku Komitetu Miejskiego PZPR przy ul. Lipowej.

Muszę tu wspomnieć też dr Marię Jakubowską – bardzo ofiarnie działającą już od 1981 roku. Kiedy wyjechałam do Libii, to właśnie Maria przechowała całą dokumentacje aż do mojego przyjazdu w 1984 roku. Zawsze brała też udział we wszystkich spotkaniach i dyskusjach, no i oczywiście w I Zjeździe. A także niezastąpioną Barbarę Bielec, to w dużej mierze dzięki niej do wszystkich na czas dotarły zawiadomienia o zjeździe. Wojciech Chromiński, wówczas student medycyny i zaprzyjaźnieni studenci z koła naukowego, wraz z nią prowadzili biuro zjazdowe i, co ważne, nikt nie oprotestował zjazdu. Naprawdę chcieliśmy mieć samorząd.

  • Dzisiaj samorząd lekarski to stabilna struktura. Co zaliczyłaby Pani Profesor do największych osiągnięć izb lekarskich?

– Sądzę, że niepodważalną wartością jest nasza niezależność od organów rządowych, od polityki. Tworzymy własną lekarską reprezentację. To izby nadają Prawo wykonywania zawodu i sprawują pieczę nad właściwym wykonywaniem obowiązków lekarzy i dentystów. Uczestniczymy w konkursach na stanowiska ordynatorów i kierowników oddziałów. Jesteśmy organem opiniotwórczym w sprawach kształcenia lekarzy.

Chociaż nie podoba mi się, że coraz bardziej izby zajmują się sprawami socjalno-bytowymi lekarzy, za bardzo wchodzą w rolę związków zawodowych.


Profesor Ewa Tuszkiewicz-Misztal – pediatra, inicjatorka reaktywowania samorządu lekarskiego. W I kadencji izb lekarskich pełniła funkcję sekretarza Naczelnej Rady Lekarskiej, co wiązało się z obowiązkiem cotygodniowych wyjazdów do Warszawy. W kolejnych latach była członkiem Naczelnej i Okręgowej Rady Lekarskiej, przewodniczącą Komisji Historycznej NRL, wielokrotnie delegatem na krajowe i okręgowe zjazdy lekarzy, przewodniczącą i członkiem Komisji Kształcenia Medycznego, przewodniczącą Komisji Bioetycznej. Jest również laureatką tytułu i odznaczenia „Pro Gloria Medici”.

Od 1998 roku kierowała Kliniką Pediatrii, Chorób Płuc i Tkanki Łącznej, a następnie po jej przekształceniu w 2000 roku Kliniką Chorób Płuc i Reumatologii Dziecięcej DSK UM w Lublinie. Autorka ponad 135 prac naukowych.

Naprawdę chcieliśmy
mieć samorząd

Ponieważ jesteśmy
lekarzami

Hartowanie
izby lekarskiej

Jak to z Medicusem
było…

Odwaga była
wtedy droższa