Pamiętnik znaleziony w szpitalnej szafce

MEDICUS 3/2015

Pamiętnik znaleziony w szpitalnej szafce

(serial prawie codzienny)

14 listopada

Leżę do operacji. Chirurgicznej. Znowu w tym samym szpitalu, pod tym samym wezwaniem i imieniem. To już czwarty raz, w tym pierwszy na internie, drugi na ginekologii, trzeci na toksykologii, czwarty na urologii, ale zawsze na korytarzu. Z tym że tym razem miejsce mam niezłe, bo bliżej ściany niż ostatnio, ale też między ubikacją a brudownikiem, z tym że zdecydowanie bliżej brudownika. Sąsiad ma gorzej, bo nogami zachodzi do drzwi do ubikacji i ciągle go przesuwają. Jutro podobno ma dostać łóżko na kółkach, żeby był mobilniejszy i żeby się płytki PCV na korytarzu mniej wycierały. Pierwszy dzień minął mi jako tako, w nocy było gorzej. Koło drugiej w łazience był wybuch. Zacząłem się ewakuować, ale tylko ja – reszta, dłużej leżących, nawet oczu nie otworzyła. Zaspany sąsiad wyjaśnił mi prostymi słowami, których nie przytoczę, żebym się położył, nie panikował, nie wrzeszczał i nie deptał mu po klatce piersiowej, szpitalowi ciepłą wodę odcięto, bo nie płacił i teraz jest tylko piecyk gazowy w łazience, a ten ze starości trochę przepuszcza, gaz się ulatnia, miesza z powietrzem i logicznie co jakiś czas – pierdut! A pieniędzy na wymianę piecyka nie ma, bo piecyk może przepuszczać, ale władza pieniędzy przepuszczać nie może. Trochę mnie uspokoił, ale i tak nie mogłem zasnąć, czekając, aż się znowu nazbiera, zmiesza z powietrzem i logicznie będzie tak, jak mówił. Zdrzemnąłem się koło czwartej, nazbierało się pół godziny później. I było logiczne, jak mówił. Był huk, podmuch i był jeden uprzejmy czyścioch z sąsiedniego korytarza, który w nocy poszedł umyć zęby. Swoje i sąsiada. Wywiało go częściowo na nasz korytarz, ale poza tym nic się nie stało. Piżamę mu ugasili, moim kocem zresztą, szczoteczkę i obie protezy na końcu korytarza znaleźli i nawet z pasty wytarli. O wykładzinę. I to na naszym korytarzu. Oczywiście o dalszym spaniu nie było mowy. Próbowałem liczyć barany, ale nic z tego nie wyszło. Nie znam wszystkich i nazwiska mi się mylą. Kolejny wybuch był o szóstej. Tym razem zawiało dyżurnego doktora. W każdym razie tak się tłumaczył. Zasnąłem o siódmej, jak już go wyprowadzili.

15 listopada

Teraz znowu na internie i nadal na korytarzu. A operacja czeka. Jutro podobno mają mnie przenieść na pulmonologię a w środę na urologię, bo tam się wcześniej zwalnia miejsce niż na chirurgii, a na chirurgię ewentualnie w czwartek, bo w piątek ewentualnie mógłbym być operowany, o ile jeszcze się kwalifikuję i o ile ginekologia wcześniej zwolni salę operacyjną i nie wyłączą pary w sterylizacji. Po południu była ciotka. Przyniosła sucharki, wodę mineralną i wiadomość, że już od wczoraj nie mieszkamy przy ulicy Ruskiej, tylko przy ZADNIEJ NOGI KASZTANKI MARSZAŁKA. A wszystko podobno w ramach dalszego odcinania się od Putinowskich restrykcji i zacieśniania sojuszu z wołyńskimi przyjaciółmi i kolegami z majdanu pod Banderą. I słusznie. I tak trzymać. Przecież od wieków tak robimy i od wieków tak na tym wychodzimy! I jak najszybciej won z takimi obrażającymi nasze narodowe uczucia ulicami jak na przykład SKOWRONKOWA, ZAWILCOWA, SASANKOWA, OGRODOWA! Czas w końcu odpowiedzieć sobie jasno i bez ogródek, kim w naszej narodowej martyrologii byli: Skowronkow, Zawilcow, Sasankow i Ogrodow? I chwała naszej patriotycznej czujności. Tylko może dlaczego akurat tam, gdzie ja mieszkam z ciotką?! Przecież wszystkie dokumenty będzie trzeba zmienić! A skąd na to wziąć, jak tu leżę?…

16 listopada

Były wybory. Nie byłem. Nadal leżę na korytarzu. Nie mam wyboru.

12 grudnia

Ciągle w szpitalu i teraz na ginekologii, bo na chirurgii nie ma miejsc. Ale najważniejsze, że leżę. Oglądałem telewizję, bo z korytarza kątem mogłem. Co jest z tym misiem Uszatkiem?! Że bez majtek?! Dżender jakiś? Tylko patrzeć, jak się ci nawiedzeni do godła dobiorą! Orzeł – a majtki gdzie?!… Chyba zwariuję, chociaż wolałbym na sali, niż na korytarzu, bo to bardziej elegancko.

16 grudnia

Znowu na internie, bo odpadła urologia a o chirurgii na razie nie ma co marzyć. Póki co robią mi jakieś badania, pewnie żebym nie czuł się zaniedbywany i nie leżał bezpłatnie na koszt szpitala. Na chirurgii i tak mi je wszystkie powtórzą, bo tu nikt nikomu nie dowierza. Dzisiaj miałem EKG i USG worka. Na szczęście żółciowego. Dobrze, że nie leżę na urologii. W EKG nic nie wyszło, bo aparat był zepsuty a w USG kamienie, o których wiem od półtora roku i które właśnie mam mieć operowane, o ile przeniosą mnie na chirurgię, ginekologia zwolni salę operacyjną, anestezjolodzy dadzą radę a sterylizatornia będzie jeszcze działała. Czuję, że sporo jeszcze przede mną.

18 grudnia

Jestem na chirurgii. Na korytarzu, ale do tego już się przyzwyczaiłem. Mam nadzieję, że te kamienie mi z worka wreszcie wyjmą. Po raz trzeci wszystkie badania mi robią. Tu papier marnują, a w ubikacji na toaletowym oszczędzają. Ale akurat to mało mnie obchodzi. Mam już doświadczenie i mam „SUPER EKSPRES”. Pocięty. Z oszczędności. Po zmiękczeniu na szybko się nadaje.

3 stycznia

Nie będę operowany. Kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia się skończył i termin mam na lipiec, na szczęście jeszcze tego roku. Jestem wypisany. Dostałem kartę informacyjną i zalecenia co mi wolno, a czego w ogóle nie. Czytam i wiem, że nic mi nie wolno, bo tak się szpital zabezpiecza przed tym, co mi się może stać, w razie gdyby co. W karcie informacyjnej nazwisko oczywiście mam przekręcone, chociaż podobne, ale to tak jakby Kotasa na Choja zmienić. Adres też nie ten. Ale co tam adres – nie muszą mnie szukać, sam się zgłoszę w lipcu. O ile szpital jeszcze będzie, bo łatwiej zlikwidować szpital, niż moje kamienie. Ale poczekam. Mówią, że dłużej klasztora, niż przeora, chociaż myślę, że żaden przeor tak długo nie czeka. Ja muszę! Trudno!

Irosław Szymański