Odwaga była wtedy droższa

MEDICUS 11/2014

Odwaga była wtedy droższa

Z Witoldem Fijałkowskim, pierwszym prezesem odrodzonego samorządu lekarskiego w Lublinie, rozmawia Marek Stankiewicz

 

 

 

 

• 18 listopada 1989 roku, kiedy w Lublinie wybierano pierwsze okręgowe gremia odrodzonego samorządu lekarskiego, młoda demokracja była okraszona obecnością PZPR, na fotelu wojewody zasiadał wybraniec komunistycznej nomenklatury, a Służba Bezpieczeństwa ciągle nie spuszczała nas z oka. Czy odwaga była wtedy droższa niż teraz?

– Z pewnością tak. Odwagi dodawało poczucie przyzwoitości. Zresztą w tamtych dniach nie trzeba było już mobilizować w sobie odwagi i pytać samego siebie, czy stać mnie na taki trud. Mechanizm zastraszenia już nie działał.

 

• Warto było się trudzić?

– Tak, chociaż mam ogromny niedosyt, doprawiony szczyptą goryczy, że można było trochę lepiej i więcej. W pierwszych miesiącach wydawało nam się, że ranga spraw, którymi się zajmujemy, jest nadzwyczajna. Każde nowe wyzwanie silnie oddziaływało na nas i jednoczyło. Unosiliśmy się w atmosferze wyższych uczuć, poczucia honoru, wypełnienia zobowiązań i pragnienia załatwienia czegoś nie dla siebie. Czasem różniły nas poglądy, ale w zasadzie nigdy wizja przyszłości i tego, co trzeba jeszcze zrobić lub czemu się poświęcić. Pożar serc zdecydowanie dominował nad kalkulacją. O wyrachowaniu nawet nie wypadało debatować

 

• Pamiętasz gorącą grudniową noc w Bielsku-Białej, kiedy lekarze po raz pierwszy do białego rana sami sobie wyznaczali surowe standardy etyczne i uchwalili Kodeks etyki lekarskiej jako podstawę odpowiedzialności zawodowej. Dziś nie brakuje głosów, że kodeksy spełniają tylko rolę dekoracyjno-konstytutywną, tj. podnoszą rangę środowiska.

– Takich zarzutów nie rozumiem ani nie potrafię z nimi polemizować. Świata bez zasad etycznych nie ma do czego przymierzyć. Nie znam żadnego człowieka, nawet tego złego, żeby nie cieszył się, kiedy zrobi coś dobrego. Krótko mówiąc, każdemu człowiekowi dobro i zło musi być znajome. Temu służą kodeksy. One mogą mniej lub bardziej przystawać do współczesności. Jeśli komuś nasz kodeks etyczny wydaje się zbyt restrykcyjny, to ja się z tego cieszę.

 

• Jesteś zadowolony z dzisiejszej kondycji polskich izb lekarskich?

– Wielu działaczy samorządu lekarskiego cieszy się dziś ze swoich osiągnięć. Moim zdaniem, to poczucie satysfakcji z przeszłych i obecnych dokonań jest nadmierne. Nigdy nie ma tak dobrze, aby nie mogło być lepiej. Niestety, te starania, aby być lepszym są zbyt słabo widoczne. Stąd tyle krytyki na forach internetowych i w rozmowach między lekarzami. Konotacje izby lekarskiej w środowisku lekarskim są złe.

 

• Dlaczego lekarze nie lubią swojego samorządu?

– Dziś uważam, że w pierwszych miesiącach po reaktywacji niepotrzebnie rozbudziliśmy duże oczekiwania. Zrobiliśmy z izby coś w rodzaju lekarskiej Solidarności. Czyli obarczyliśmy samorząd zadaniami ściśle związkowymi. To pomieszanie ról, a później rywalizacja z OZZL nie wyszła
izbie na dobre. A izba lekarska ma przecież służyć budowaniu godności zawodowej, a nie dawaniu materialnych konkretów, czy zawodowych smakołyków i profitów. Jeśli jesteś złym lekarzem, to się jej bój. Jeśli dobrym, to włos ci z głowy nie spadnie. Ochrona godności zawodowej to jedyny powód, dla którego izba przetrwa.

 

• Nie sądzisz, że samorząd lekarski obecnie obrasta w piórka? Niedawno w Rzeszowie na swą siedzibę izba zakupiła wytworny pałacyk. W Łodzi i Gdańsku już dawno izby urzędują w secesyjnych kamienicach. Co się z nami stało?

– Nie chciałbym tego komentować, natomiast zawsze obawiałem się zbiurokratyzowania izby. I, niestety, tak się stało. A my, lekarze, czujemy szczególną odrazę do biurokracji i kręcenia się na biegu jałowym.

 

• Nie uważasz, że kiedy działaczom wypomina się ich nieskuteczność, z miejsca podnoszą argument, że to „lekarskie doły” są bierne i nie angażują się w inicjatywy rad lekarskich?

– Kategorycznie nie zgadzam się z tezą, że przyczyną naszych niepowodzeń i niespełnionych planów jest zła wola lekarzy.
Nie ma złych uczniów, są źli nauczyciele. Widocznie wskazywane cele są za mało ambitne i wzniosłe.

 

• Czy lekarze na stanowisku ministra zdrowia i wysokich stanowiskach urzędniczych w mijającym ćwierćwieczu umocnili etos naszego zawodu?

(śmiech)… – Chyba żartujesz! Myślę, że istnieją dwa różne wizerunki polskiego lekarza. Ten, którego chce mieć administracja to bezwolny urzędnik bez ambicji i posłuszny wykonawca poleceń i rozkazów. Ten zaś, który jest solą tego zawodu, to inteligentny, niepokorny, mający własne przekonania i silną osobowość. Przedkładający ducha prawa nad jego literę. Ilustracją tych wizerunków niech będzie zderzenie prof. Chazana z administracją ministerialną.

 

• Czy lekarska myśl ekspercka ma szansę przebić się kiedyś i zdominować politykę bezpieczeństwa zdrowotnego?

– Izba lekarska nie ucieknie od polityki, szczególnie w sferze ochrony zdrowia. Przecież to lekarze są głównymi egzekutorami tego, co wprowadzi w życie administracja. Jeżeli egzekutor nie wierzy w to, co ma (mam) wprowadzić to już stoi na krawędzi klęski.

 

• Powiedz jednym tchem, kiedy izba lekarska zwyciężyła, a kiedy poległa na całego?

– To bardzo trudne pytanie. Kto kiedy zwyciężył, a kto kiedy poległ? Jesteśmy najliczniejszą grupą pośród zawodów zaufania publicznego. Niewątpliwie jesteśmy zdominowani wewnętrzną grą interesów. Obrona jakiegoś optymalnego i zweryfikowanego kierunku wymaga nie lada wizji i mocnego przekonania. Zawsze znajdzie się ktoś, komu będzie to nie na rękę i zrobi wszystko, aby się nie udało.

 

• Choć dziś jesteś emerytem, nie pozostajesz z boku i bywasz surowym recenzentem bieżących zjawisk i wydarzeń. Co powiesz z łamów „Medicusa” lekarskiej młodzieży, która właśnie staje u progu samodzielności w zawodzie?

– Jeszcze niedawno byłem pesymistą. Widywałem w młodzieży lekarskiej abnegację, pójście na łatwiznę i załamanie zasad moralnych. Zmieniłem zdanie. Jestem spokojny o najmłodsze pokolenie lekarzy. Spotykam się z nimi na wykładach dla stażystów, gdzie rozmawiamy na niewdzięczne tematy jak ból czy śmierć. Jestem naprawdę zbudowany ich potencjałem. Oni są w stanie naprawić wszystko i zrobić to, czego myśmy nie dali rady. Byleby tylko im nie przeszkadzać.