Co z tą starością?

MEDICUS 10/2014

Co z tą starością?

Niedołężni, niepotrzebni, generujący ogromne koszty. Nie chcą ich szpitale, domy rodzinne, w zakładach opieki brakuje miejsc. Będzie tylko gorzej, jeśli nie znajdą się pieniądze, a przede wszystkim nie zmieni się nasza mentalność. Bo w Polsce senior kojarzy się z chorobą i biedą. To niemal synonimy.

Jesień za pasem, a kolejki po nadzieję na zdrowie dla tych, którzy nie są w stanie potrząsnąć trzosem, nie tylko się nie skracają, ale wielu starszym ludziom niosą prawdziwą zgryzotę i utrapienie. Obecny minister zdrowia z trybuny sejmowej zagrzmiał dumnie o utworzeniu Instytutu Geriatrii. Pierwsze jaskółki pojawiły się w 2011 roku, kiedy gotowy projekt przekształcenia warszawskiego Instytutu Reumatologii przy Spartańskiej w centrum geriatrii zderzył się z brakiem pieniędzy, które podobno zjadł kryzys. Premier Tusk skądinąd zapewniał że Polska oparła się załamaniu finansów.

 

Zacznijmy od siebie

 

Młodzi ludzie żyją w takim tempie, że wolno sunącym z zakupami staruszkom musi to zdawać się co najmniej prędkością ponaddźwiękową. Zbudowanie mostu międzypokoleniowego graniczy z iluzją. Kiedy seniorom przyjdzie się zderzyć z tzw. służbą zdrowia, przeżywają gehennę, ból i rozczarowanie. Prawdziwym piekłem nazywają emerytowani lekarze wyczekiwanie pod specjalistycznymi
gabinetami, w których dziś ordynują ich dawni uczniowie i asystenci. Ci zaś w odpowiedzi wstydliwie cedzą mi do ucha, prosząc o anonimowość, że „to zapłata za dawne upokorzenia”. Nie tylko Kodeks Etyki Lekarskiej, ale tradycyjny savoir vivre mają w głębokim poważaniu. To co ma sobie pomyśleć 82-letni, zwyczajny diabetyk spod Bychawy, któremu wyznaczono konsultację u specjalisty za cztery miesiące, tylko dlatego, aby za humalog płacił 40, a nie 140 złotych. A z NFZ jeszcze nikt nie wygrał!

 

Fajna starość brzmi jak oksymoron

 

Światowa medycyna przedłużyła ludziom życie. Tak samo w Chicago, jak w Lubartowie, lecz, niestety, zapomniała o jego jakości. Ból, fatalny stan uzębienia, osłabiony wzrok i słuch, zaburzenia pamięci, depresja, niebezpieczne urojenia, przewlekłe choroby nerek. Przez nie starość staje się tam koszmarem. Starzy ludzie miesiącami zajmują szpitalne łóżko, czekając na przeniesienie do domu opieki, bo rodzina nie chce ich w domu. Bliscy tłumaczą się brakiem czasu, pieniędzy i możliwości zajęcia się chorym. Inni wyjaśniają, że pochłania ich opieka nad psem lub mają… za duży dom, w którym rodzice czuliby się zagubieni. Czasami nie ukrywają faktu, że pobyt w szpitalu to oszczędność na jedzeniu, lekach czy pieluchach…

Jak, na te z życia wzięte sygnały, powinno zareagować państwo, aby zapewnić osobom starszym godne życie, właściwą pomoc socjalną i opiekę zdrowotną? Czy to wszystko załatwi magiczna obietnica ministra o jakimś kolejnym instytucie?

 

Porozmawiajmy o konkretach

 

Geriatria w Polsce po roku 1990 jest w dramatycznym regresie. W Polsce jest dziesięciokrotnie za mało geriatrów w porównaniu do średniej Unii Europejskiej. Mamy zaledwie pół tysiąca łóżek szpitalnych dedykowanych kompleksowej opiece osób w podeszłym wieku, z czego połowę na Śląsku. Tylko w czterokrotnie mniej ludnej Belgii takich łóżek jest piętnastokrotnie więcej. Jeszcze do niedawna mieliśmy w Polsce 174 geriatrów, z czego tylko 120 było czynnych zawodowo, a tylko 70 pracowało zgodnie ze specjalizacją. Statystycznie jeden na sześć powiatów. Kto więc ma to teraz ogarnąć w Polsce gminnej i powiatowej, gdzie żyją ludzie tacy sami jak w stolicy?

Geriatra musi być świetnym internistą, biegłym w kardiologii, nefrologii czy gastroenterologii, farmakologii klinicznej, dobrym neurologiem i niezłym psychologiem oraz wiedzieć więcej niż cokolwiek o psychiatrii i rehabilitacji medycznej. O ile nieuzasadnionym nadużyciem jest zakładanie, że osoby starsze są
zdziecinniałe i można je traktować inaczej niż „normalnych” pacjentów, o tyle jest faktem, że problemy zdrowotne osób w podeszłym wieku są specyficzne i zasługują na szczególne podejście – podkreśla Michał Kornatowski, geriatra, prezes House Domowa Opieka.

Nadanie tytułu specjalisty nie może być decyzją spod dużego palca. Chyba, że szef resortu zdaje się po cichutku forsować, że specjalista to po prostu ktoś, kto posiada odpowiedni papier – nawet jeżeli procedura jego uzyskiwania nakazuje wątpić, że certyfikatowi towarzyszy pożądany poziom umiejętności.

Główny Urząd Statystyczny przewiduje, że w 2030 roku prawie 800 tysięcy Polaków przekroczy 85 lat. Według Eurostatu (Europejski Urząd Statystyczny) już w 2020 roku po sześćdziesiątce będzie co czwarty rodak. Starość, według WHO (Światowa Organizacja Zdrowia), wkracza w nasze życie, gdy kończymy 65 lat. Kobieta w Polsce, która ukończyła je w tym roku, ma przed sobą około 16,5 roku życia, jej rówieśnik niewiele ponad 12 lat. Ile jednak pozostało im czasu, kiedy będą cieszyć się zdrowiem, pozwalającym na w pełni samodzielną egzystencję? Jej zostało może 4,5 roku, jemu jeszcze mniej. Co potem? Rosnąca zależność od otoczenia. Powolna utrata sprawności fizycznej i intelektualnej, a nierzadko godności i szacunku.

 

Czy starość jest chorobą?

 

„Kolano mnie boli” – skarży się pacjent. „To dlatego, że jest pan nie pierwszej młodości” – tłumaczy lekarz. „Ale boli mnie tylko prawe kolano, a to lewe przecież nie jest młodsze” – odpowiada pacjent. I ma rację.

Naczelną zasadą geriatrii jest to, by nie tłumaczyć objawów wiekiem pacjenta, ale szukać ich bezpośredniej przyczyny. Ani zaćmy, ani niedosłuchu, ani zwyrodnienia stawów nie usprawiedliwiamy wiekiem. Często, proste zabiegi pozwalają pozbyć się tych dolegliwości. Usunięcie zaćmy to zabieg jednodniowy, poprawa słuchu aparatem jest nieinwazyjna – przekonuje Jacek Pruszyński, neurolog i geriatra ze Studium Medycyny Rodzinnej CMKP.

 

Decyzje spod dużego palca

 

Minister Arłukowicz chce, aby w przyszłym centrum opieki nad osobami starszymi „można było przeszkolić w jednym miejscu wszystkich tych lekarzy, którzy sprawują opiekę medyczną nad pacjentami w podeszłym wieku”.

Przeszkolić, Dostojny Kolego Bartoszu, to można rejestratorkę albo parkingowego w szpitalu, po czym i tak warto mieć ich na oku. A lekarzy trzeba nieustannie kształcić, by po latach doczekać się grona wytrawnych ekspertów i doświadczonych specjalistów geriatrii. Dzięki takiej formule powstanie unikalna możliwość poważnych decyzji o sprostaniu interdyscyplinarnym problemom leczenia najstarszego pokolenia Polaków. Z kształceniem kompetentnych specjalistów jest trochę tak, jak z przysłowiowym angielskim trawnikiem. By go wyhodować, wystarczą proste działania, ale, żeby utrzymać i rozwijać, działania te muszą być stosowane konsekwentnie i przez odpowiednio długi czas.

Jeśli więc naprawdę potrzebujemy specjalistów, których edukacja wymaga czasu, to powierzanie ich kształcenia jednemu Instytutowi Geriatrii wydaje się kroplą w morzu wobec skali zapotrzebowania. By jej podołać, trzeba byłoby powołać jakieś monstrum na miarę karykaturalnych instytucji-imperiów z powieści Stanisława Lema. Warto przy tym pamiętać, że przy prawie każdej uczelni medycznej w Polsce istnieją kliniki geriatrii. Suma ich wysiłków powinna skuteczniej przyczynić się do stopniowego łagodzenia deficytu geriatrów.

 

Pozostaje kwestia pieniędzy

 

Wzrost liczby lekarzy specjalizujących się z geriatrii oznacza nieuchronnie albo zwiększenie liczby opłacanych przez ministerstwo rezydentur, albo szpitalnych etatów. Tak czy inaczej, koszty będą niebagatelne, a nikt z ministerstwa zdrowia nie zobowiązał się, że na pewno postara się o fundusze.

Zmiany w opiece nad ludźmi w podeszłym wieku są ewidentnie potrzebne i dobrze, że włodarze polskiej ochrony zdrowia to dostrzegają. Nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że plan działania w tej niezwykle ważnej sprawie wydaje się mieć postać mickiewiczowskiego „My z synowcem na czele i jakoś to będzie!”.

Marek Stankiewicz

stankiewicz@hipokrates.org