Szpitalna szkoła przetrwania czyli Niezbędnik Pacjenta Hospitalizowanego

MEDICUS 04/2014

Szpitalna szkoła przetrwania czyli Niezbędnik Pacjenta Hospitalizowanego

Wszystko odbyło się szybko i zgodnie z duchem nowych czasów. Stary Pacjent, zajmujący od paru dni łóżko w izolatce, nie protestował, kiedy kazano mu natychmiast przenosić się razem z pościelą na taboret i czekać na zrobienie dostawki na korytarzu. Nie pierwszy raz był w szpitalu. Popijając cienką herbatę, spokojnie patrzył, jak błyskawicznie prześciela się jego łóżko, opróżnia szafkę z jego rzeczy, jak pojawia się na stoliku ordynatorski telewizor, pod łóżkiem czysty basen i jak przeciera się z grubsza podłogę jego spodniami od pidżamy, pozostawionymi nieopatrznie przy łóżku. Nie zareagował, gdy otworzyły się drzwi i sam Ordynator, cały w nieźle chyba opłacanych uprzejmościach, w asyście etatowych cmokierów, wprowadził do sali Nowego. Wysłuchał paru kiepskich panaordynatorskich dowcipów, które już znał z poprzednich pobytów, posłuchał kilku zapewnień o tutejszej troskliwej opiece, którą też już nieźle poznał i o specjalnie dla Nowego stworzonych warunkach, które w części, głównie telewizyjnej, już kiedyś widział. Gdy wyszli, przez dłuższą chwilę patrzył na rozwalonego na swoim łóżku, tryskającego nuworyszowską pewnością siebie przybysza, przeglądającego notowania giełdowe, po czym, siorbnąwszy nieco herbaty, zapytał:

– Przepraszam, pan tu na długo?

– Co?!

– Czy pan tu na długo?!

– Na tyle, aż mi się stan zdrowia poprawi! – Nowy odmruknął, nie odwracając wzroku od gazety.

– Jeśli się poprawi. No, patrząc na pana, to może trochę potrwać. A ze względu na stan zdrowia, to pan tu z czym?

– A coś pan taki ciekawy?! Jeszcze nie wiem z czym! Jak mnie przebadają, zdiagnozują, to przyjdzie ten ordynans…

– Ordynator!

– Nieważne – któryś z nich przyjdzie i mi powie! Od tego w końcu są i za to im się płaci! Obum!…

– Obum? Nowa liczba mnoga już jest? Nie znałem. Piękny jest polski język. I jak się nowocześnie modyfikuje! Mickiewicz się kiedyś o wieko zabije. Nieważne… Ale chyba się pan na coś skarży, jak pana położyli?

– Drogi panie – w głosie Nowego zabrzmiała nuta wyższości. – Ja się na nic nie skarżę! Mnie skarżą, ale od tego mam swoich prawników! I niech skarżą, bo ogólnie to mogą mi naskoczyć!

– Nooo… po dobrym naskoczeniu to ortopedia murowana, ale na razie jest pan na internie. Chyba coś panu jednak musi dolegać. Nic pana nie boli?

– Drobnostka, głowa czasami! Migreny miewam! To taka nasza, klasowa, biznesmeńska przypadłość.

– A od dawna ma pan te migreny?

– Od już trochę, bo się trochu w tym biznesie jest! Przedtem mnie tylko łeb po chamsku napieprzał, ale teraz elegancko – migrena!

– Migrena?… – Stary zafrasował się współczująco. – To może być poważna sprawa. Jeden tu taki leżał i też miewał migreny…

– Tak? – Nowy lekko się zainteresował. – Biznesmen?

– Nie, porządny człowiek, ale migreny miał, a jeszcze od czasu do czasu zwyczajnie łeb go napieprzał!

– To prawie jak mnie! – Nowy odłożył gazetę z notowaniami. – I co?!…

– I nic. Zrobili mu trepanację. Nawet się udała. Cały szpital się dziwił, że się udała. U pana też się może udać – czasami podwójne cuda się zdarzają!

– Taak?! Jakby tak było, to z niepokalanego poczęcia mielibyśmy bliźniaki i dwie choinki w domu! I to by biznesowo nie było głupie! A w ogóle co mi pan za pierdoły opowiada?! Ja mam być na krótkiej profilaktycznej obserwacji i nie zamierzam mieć żadnych trupanacji!

– Trepanacji!

– Też nie zamierzam! Nie za to płaciłem! – wyższość w głosie Nowego brzmiała denerwująco. – Zresztą powiedzieliby mi o tym!

– Tak pan myśli? – Stary powątpiewająco siorbnął głośniej herbatę. – Nie byłbym taki pewien. A na profilaktycznej obserwacji też tu jeden leżał i leżał…

– Tak?! I co się z nim stało?!…

– Nie wiem, pozostałym pacjentom złych wiadomości nie przekazują. A te plamy to ma pan pewnie od wątroby?

– Nie, od opalania! Na Wyspach Kanaryjskich, jeśli to panu coś mówi!

– Mówi. Czyli i zmiana klimatu nie pomogła?

– A na co miała pomóc?! Po prostu byłem tam na urlopie!

– Z rodziną?

– Nie. Z asystentką byłem! Pracowałem w międzyczasiu! W biznesie tak jest!

– To niedobrze. Urlop na wszelki wypadek zawsze należy spędzać z rodziną, zwłaszcza przy tak słabym zdrowiu. – Stary przerwał i lekko pociągnął nosem.

– Czuje pan coś?

– Nic nie czuję!

– Tak myślałem. Mój Rex też najpierw stracił węch, potem słuch, a potem to już szybko poszło! Boże – co panu?!

– Niiic. Po prostu mi się odbiło!!

– Czym?

– Jajami.

– Uuuu – niedobrze! Normalnie to się gębą odbija!

– Jajami przepiórczymi faszerowanymi krewetkami w płacie łososia mi się odbiło, drogi panie!!!

– Przepiórczymi? I w płacie łososia? I się odbiło? – Stary współczująco pokręcił głową. – Nie-cie-kaa-wie… Pewnie ma pan coś nie tak z żołądkiem.

– Coś pan?!

– Oczywiście. To dosyć typowe objawy.

– I co?! – Nowy nerwowo poluźnił pasek od jedwabnego szlafroka.

– I nic. – Stary siorbnął kolejny raz. – Najpierw zrobią panu skopię, pasaż i sondę, potem pewnie gastroskopię i ventrikulografię, potem może tomografię komputerową i lewatywę zwykłą, a potem pana zakwalifikują i zerżną.

– Co?!! – Nowy usiadł.

– Zoperują. Planowo. Może nawet za znieczuleniem.

– Może?! Jakie „może”?!!! Panie, mnie stać na to, żeby mieć podwójne, ba – potrójne znieczulenie, jak będę chciał!

– Tak samo pan mówi jak ten, który leżał tu w zeszłym miesiącu.

– Jak biznesmen był, to na pewno go znieczulili!

– Znieczulili, owszem… Panie, jak ta jego młoda żona się cieszyła.

– No widzi pan?! – Nowy tryumfował.

– Co widzę?! – Stary był wyraźnie oburzony. – Że taką pazerną prukwą Pan Bóg go pokarał?!! Inne wdowy w takich sytuacjach płaczą! A pańska żona dużo młodsza?!

– Dwadzieścia lat. Ale moja jakby bezinteresowna. No nieee, to jakiś obłęd!!! – Nowy wyraźnie popadał w panikę. – Zresztą, po co ja o to wszystko pytam?! Przecież mnie nie będą operowali!

– A co… – Stary się zainteresował. – Sala operacyjna ma być w remoncie?

– Nie wiem! Nie wiem!!! Wszystko jedno!!! Po prostu ja się nie zgodzę!!!

– Może pan, – Stary siorbnął głośniej – ale rodzina też może.

– Co może?!

– Ubezwłasnowolnić i podpisać zgodę! Pewnie ma pan jakieś konta, nieruchomości, daczę, samochód, lokaty, papiery wartościowe…

– Mam wszystko!!! I trzy hurtownie jeszcze mam!!!

– No, to tym bardziej jest po co podpisywać. A potem już normalnie – zakwalifikują i zerżną! I jeszcze studentom pokażą.

– Panie, a jak mogą mnie ubezwłasnowolnić?! Przecież ja jestem przy zdrowych zmysłach!!!

– A widział pan kogoś, kto by się przyznał, że nie jest? – Stary cedził flegmatycznie i ze znajomością rzeczy. – Żadnej pewności, drogi panie. Rodziny teraz bywają okrutne. Rodzina podpisze, ci tu zakwalifikują, zerżną, a potem to już jak zwykle – jakaś infekcja, sepsa, ewenteracja, koniec kontraktu z Funduszem Zdrowia, wyczerpany limit na leki, na usługi – i z głowy! Potem okazała ceremonia, orkiestra wojskowa – bo tych się teraz wynajmuje od ręki, klepsydry na każdym słupie, prawie jak przy wyborach, obfite nekrologi – jaki to pan był wspaniały, hojny, lubiany i w ogóle. A w podpisie nieutulona w żalu rodzina, przyjaciele i ta reszta, która panu zawsze życzyła i się doczekała.

– Panie, chwileczkę – Nowy zszedł do gorączkowego szeptu, miąchając w rękach resztki „Pulsu Biznesu”. – Przecież ja się mogę wypisać na własne żądanie!!!

– Przy ubezwłasnowolnieniu?

– Rzeczywiście! A to cwaniaki! Ale nie ze mną te numery! Panie, jak się stąd wychodzi?!

– Najczęściej nogami do… – wymowny gest Starego nie pozostawiał żadnych wątpliwości.

– Jezu – nie o tym mówię!!! Jak stąd wyjść?!!

– Jak wyjść? Wyjdzie pan przez korytarz, koło dyżurki pielęgniarek trzeba parę metrów w przykucu, potem w prawo i schodami w dół – Stary był precyzyjny. – Potem minąć kuchnię, po zapachu pan pozna, przy wiadrach na pomyje w lewo i tam jest wyjście ewakuacyjne.

– Przy wiadrach?! Przy tych na pomyje?!

– Przy tych! Te drugie są na to, co po amputacji!

– Jezus Maria!!! Dziękuję panu! A to cwaniaki! A zapewniali, że jest tak rodzinnie! Ale niedoczekanie wasze! Dziękuję! I do widzenia!

Trzasnęły drzwi sali. Stary w zadumie łyknął wyziębłej herbaty, wstał. Włączył ordynatorski telewizor, poprawił porozrzucaną pościel i z głębokim westchnieniem ulgi wyciągnął się na dotychczasowym swoim łóżku. – Cóż, życie to dżungla – mruknął usprawiedliwiająco, rozkładając gazetę Nowego. – Nie pomyślisz, nie przetrwasz. Kto silniejszy, ten zwycięża. Trudno…

 

Wskazówki
do ćwiczeń praktycznych.

1.         Przyswój zwroty medyczne użyte w tekście.

2.         Omów własnymi, brzydkimi słowami ustawę „Powszechne ubezpieczenie niezbywalną zdobyczą narodu”.

 

Irosław Szymański