Medal Lubelskiej Izby Lekarskiej

MEDICUS 04/2014

Medal Lubelskiej Izby Lekarskiej

Stefan Ciszewski

 

• Jako dziecko Zamojszczyzny przeżył pan koszmarne wydarzenia w czasie okupacji hitlerowskiej.

– W wieku 4 lat, wraz z mamą i 2-tygodniową siostrą zostaliśmy wywiezieni do obozu niemieckiego w Zamościu. Tam zmarła moja siostra. Przebywałem w obozie przez trzy miesiące, a później same dzieci, bez rodziców załadowano do pociągu i wieziono w kierunku Podlasia. Zrządzeniem Opatrzności pociąg zatrzymał się w miejscowości Mordy i tam z kolegą zostałem zabrany przez nieznanych, dobrych ludzi – państwa Przewłockich, do których w krótkim czasie dojechali moi rodzice. W ich domu przeżyłem całą wojnę. W 1945 r. wróciłem do rodzinnej miejscowości, Grabowca koło Zamościa, gdzie ukończyłem szkołę podstawową i liceum.

Karolina z hr. Czapskich i jej mąż, Henryk Przewłocki, właściciele majątku Mordy na Podlasiu z pięknym pałacem, byli przedstawicielami niezwykle patriotycznych, starych rodów historycznych. Ich syn, Janusz Przewłocki, żołnierz AK, członek KOR, zgromadził największy w Polsce zbiór niezwykle cennych fotografii, dokumentujących minioną epokę. Karolina z Czapskich jest rodzoną siostrą słynnych polskich twórców: Józefa hr. Czapskiego – Sybiraka, znanego pisarza i malarza oraz Marii hr. Czapskiej, cenionej pisarki.

 

• Tragiczne przeżycia dzieciństwa zapewne miały wpływ na decyzję podjęcia studiów na wydziale lekarskim. Po uzyskaniu dyplomu lekarza zdecydował się pan na wybór chirurgii.

– Przez 25 lat pracowałem w II Klinice Chirurgicznej AM w Lublinie. Tam uzyskałem specjalizację z chirurgii I i II stopnia, a następnie obroniłem doktorat. Początkowo pracowałem pod kierunkiem prof. M. Zakrysia, a gdy kierownikiem kliniki został prof. P. Misiuna, podzielił ją na dwa oddziały. Ordynatorem jednego z nich zostałem ja. W tamtych czasach prowadziłem ćwiczenia ze studentami, dużo operowałem, szkoliłem młodych lekarzy (8 z nich uzyskało specjalizację z chirurgii).

 

• Dalszym etapem pana kariery zawodowej, obok pracy lekarza praktyka, było zarządzanie szpitalem.

– Chciałem się również sprawdzić jako organizator ochrony zdrowia. W szpitalu MSWiA pracowałem jednocześnie jako ordynator oddziału chirurgii i dyrektor szpitala. Przepracowałem tam 12 lat; samo stanowisko dyrektora specjalnie mi nie imponowało, ale ułatwiło mi np. zorganizowanie pracowni badań endoskopowych całego przewodu pokarmowego. Gdy po latach ogłoszono konkurs na dyrektora szpitala przy al. Kraśnickiej, dałem się namówić ówczesnym władzom województwa na objęcie tego stanowiska. To był mój błąd. Nie mogłem zrozumieć, że ludzie, którzy nie znają się na medycynie i pracy szpitala, dyrygują mną i decydują, co mam robić. Takie zasady współpracy zupełnie mi nie odpowiadały i po kilku miesiącach przeszedłem na wcześniejszą emeryturę.

 

• Paradoksalnie, przejście na emeryturę nie przyniosło świętego spokoju, tylko nowe, ekstremalne wyzwania lekarskie.

– Zamieszkałem w podlubelskiej wsi, poświęcając czas rodzinie, ogrodowi. Myślałem sobie, że będę tam spokojnie mieszkał i żył, ale przeszkodził mi w tym Nasz Papież – Jan Paweł II. Bardzo byłem przejęty jego chorobą i jego odchodzeniem i wówczas zaczął mi się przewijać film z całego mojego życia, wróciły też słowa mojego ojca: „Pamiętaj , żebyś zawsze był człowiekiem dla ludzi i żebyś nigdy nie żył tylko dla siebie”. Więc, gdy pewnego dnia usłyszałem w radio, że potrzebują lekarzy chirurgów w Indiach, w Afryce (leczenie trędowatych), pomyślałem, że trzeba tam pojechać, zrobić coś zupełnie bezinteresownego dla innych, tych najbardziej potrzebujących.

 

• I tak znalazł się pan w Afryce?

– To nie było takie proste. Jako człowiek wierzący, jestem przekonany, że wszystkim kieruje Opatrzność. W internecie znalazłem informację, że w Lublinie jest Towarzystwo Przyjaciół Trędowatych, przez które trafiłem do sióstr św. Józefa z Cluny, które jest zgromadzeniem misjonarskim, prowadzącym działalność w 50 krajach świata, a w Polsce ma jedyny dom zakonny, na Czwartku w Lublinie. Siostry początkowo patrzyły na mnie jak na wariata. Poradziły mi jednak, abym zaczął uczyć się języka francuskiego, który na Madagaskarze jest niezbędny. W jakiś czas potem wylądowałem na lotnisku w stolicy kraju – Antananarivo.

 

• I?

– Na lotnisku czekały na mnie siostry św. Józefa z Cluny, które zawiozły mnie do odległej wioski Marana, położonej wysoko w górach (1500 m), gdzie znajduje się kolonia trędowatych. Trąd obecnie jest uleczalny, ale miejscowa ludność bezwzględnie wyklucza chorych ze swego grona. Wioskę Marana założył Polak, syn uczestnika powstania styczniowego, jezuita, misjonarz, bł. Jan Beyzym. W tej wiosce zobaczyłem dzieło człowieka, który był Człowiekiem dla ludzi. Zbudował wioskę dla ciężko chorych ludzi, ze szpitalikiem i kościółkiem p.w. Matki Boskiej Częstochowskiej.

 

• Jak wyglądała pana praca w Maranie?

– Byłem przerażony tym, co zobaczyłem. Ludzie okaleczeni, często bez kończyn, cuchnący, domy ogrodzone 2,5 m parkanem ze szklanymi kolcami. Ale, po dniu odpoczynku, zabrałem się do pracy, byłem tam pierwszym lekarzem. Przyjmowałem do 30 pacjentów dziennie, z różnymi chorobami. Wielką pomocą były dwie zakonnice: Honorine i Sabine, które jeździły po buszu, odnajdywały ukrytych chorych i przywoziły do Marany. Nie mając odpowiednich warunków sanitarnych, diagnostycznych operowałem wszystko, co się zdarzało – nowotwór piersi, przepukliny, zszywałem pękniętą
macicę (z powodzeniem). W 2011 roku był kolejny wyjazd– do Demokratycznej Republiki Konga (drugie co do wielkości państwo Afryki), gdzie zostałem nauczycielem położnictwa, odbierałem porody i wykonałem 19 cięć cesarskich. Pomagał mi młody lekarz – Desiree. Byłem też pełen podziwu dla innego tubylca – Sebu, który nie umiał czytać ani pisać, ale wykonywał wspaniale znieczulenia do kręgosłupa. W ubiegłym roku planowałem wyjazd do RPA, który niestety nie doszedł do skutku. Ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

 

• Medyczne tradycje rodzinne, odznaczenia, wyróżnienia.

– Brat mojego ojca był lekarzem w szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie, zginął w Auschwitz. Oprócz mnie lekarzami są: moja żona (okulistka), synowie (onkolog i ortopeda dziecięcy) oraz synowa – okulistka. Odznaczenie otrzymane w kraju to: Złoty Krzyż Zasługi, a w Afryce za działalność medyczną – medal przyznany przez Fundację Raula Follreau oraz medal bł. Ojca Jana Beyzyma przyznany przez Generała Zakonu Jezuitów.

Jerzy Jakubowicz