Lucrum cessans ? system naczyń wadliwie połączonych

MEDICUS 1-2/2014

Lucrum cessans – system naczyń wadliwie połączonych

Nie wiem, czy znają Państwo takie dwa pojęcia z zakresu prawa: damnum emergens* i lucrum cessans**. Ach, ta łacina, szkoda że już jej nie mamy! W praktyce pojęcia te oznaczają „rzeczywistą szkodę” i „korzyści utracone” w wyniku tej szkody. Ale nie zamierzam robić tu wykładu z prawa medycznego ani opowiadać dramatycznych historii pacjentów domagających się odszkodowań za interwencje lub zaniechania medyczne.

Po raz kolejny będzie o ekonomii. Chcemy czy nie, ekonomia i medycyna już zawsze będą szły w parze. Dr  Judym mógł bezkarnie poświęcać się dla pacjentów, zużywając swoje własne zasoby i czas. Dzisiejszy lekarz, „obudowany” technologią, każdą swoją decyzją pociąga cały łańcuch kosztów towarzyszących. Na to nakłada się solidarnościowy system ubezpieczeń zdrowotnych, w którym wszyscy płacą za wszystkich, co powoduje, że zawsze brakuje pieniędzy i nie można ich indywidualnie uzupełnić.

Chronicznie niedoinwestowana medycyna coraz mocniej odstaje od światowych standardów w zakresie technologii i dostępności do nowoczesnych środków i terapii. Wszyscy wiemy dlaczego – za mało pieniędzy w systemie. Składka zdrowotna nie może być podwyższona, bo ludzie są biedni, a przecież Państwo nie może w nieskończoność dopłacać.

Jaki Państwo ma interes, jeśli chodzi o opiekę zdrowotną?

I tu dochodzimy do sedna sprawy! Co się Państwu opłaca, a co nie. Państwo „żyje” z tego, co wypracują obywatele. Jeśli wszyscy są chorzy, Państwo nic nie zarabia i przestaje funkcjonować. Wynika z tego, że Państwo powinno być zainteresowane wydawaniem części pieniędzy na zdrowie obywateli – wytwórców PKB.

Policzmy bilans strat spowodowanych przez chorobę. Mamy tu dwie kategorie: rzeczywistą szkodę: koszt wizyt, koszt hospitalizacji, koszt leków, koszty diagnostyki i procedur medycznych, a dalej koszty zwolnienia lekarskiego, renty, innych świadczeń zdrowotnych oraz korzyści utracone, czyli dobra, które wypracowałby pacjent, gdyby był zdrowy. Za szkody rzeczywiste, wyrządzone przez choroby płacą w Polsce dwie instytucje: za leczenie – NFZ, a za zwolnienia, renty itp. – ZUS. Za korzyści utracone nie płaci nikt! Tracimy na tym bezpowrotnie – Polska wolniej się rozwija.

Roczny PKB (Produkt Krajowy Brutto) to ok. 1 600 mld zł. Czyli ok. 100 tys. zł na jednego pracującego. Przeciętny obywatel pracuje przez 45 lat i wypracowuje w swoim życiu 4,5 mln zł PKB. Jeżeli jest chory i nie pracuje przez rok, to całkowity bilans strat obejmuje koszty leczenia plus 100 tys. zł utraconych korzyści produkcyjnych. Przy czym koszty leczenia to zazwyczaj kwota nie przekraczająca 20-30 tysięcy złotych (np. średnia renta to ok. 18 tys. zł rocznie).

Problem polega na tym, że ze względu na podział płatności pomiędzy NFZ i ZUS koszty rent i zwolnień zdrowotnych nie są widoczne dla NFZ. Podobnie jest z korzyściami utraconymi w wyniku utraty zdolności do pracy. NFZ ocenia opłacalność terapii, bazując wyłącznie na kosztach samego leczenia, nie biorąc pod uwagę, jak dana terapia wpływa na zdolność do pracy. To powoduje, że wszystkie, medycznie efektywniejsze, ale droższe postępowania są przez NFZ odrzucane.

Zobrazujmy to prostym przykładem.

Leczymy pacjenta na przewlekłą chorobę, która stale pogarsza jego stan i zdolność do pracy. Pacjent zachorował w wieku 40 lat. W wyniku naszych działań pacjent przestaje pracować i przechodzi na rentę dopiero po upływie 10 lat od rozpoznania, czyli w 50 r.ż. Oznacza to, że zamiast produkować 100 tys. zł rok w rok aż do emerytury, przez 15 lat pacjent pobiera rentę. Bilans strat wynosi 15 lat x 100 tys. zł utraconego PKB + 15 lat x 18 tys. zł renty = 1,77 mln zł.

A teraz wyobraźmy sobie, że jest droga terapia lub procedura, która spowoduje, że pacjent przejdzie na rentę nie po 10, a po 15 latach, czyli w 55. roku życia.

Bilans strat wynosi 10 lat x 100 tys. zł utraconego PKB + 10 lat x 18 tys. zł renty = 1,18mln zł. Różnica wynosi 1,77 mln zł – 1,18 mln zł = 590 tys. zł.

Gdybyśmy zastosowali drogą terapię, to mielibyśmy w kieszeni blisko 600 tys. zł. Przyznają Państwo, że za takie pieniądze można sfinansować nawet najdroższe postępowania medyczne.

Ekonomia to system naczyń połączonych. Zmiany w jednej dziedzinie życia wpływają na pozostałe. Zdrowie wpływa na ekonomię. Dobrze zorganizowane Państwo ma pełną tego świadomość i patrzy na całkowity bilans zjawisk. Medycyna ma produkować zdrowie, bo zdrowi obywatela zapewniają dobrobyt Państwa. U nas z racji podziału płatników (NFZ i ZUS) ta oczywista prawda nie jest respektowana. NFZ, ograniczając wydatki na leczenie, nie ocenia efektywności i nie zwraca uwagi na koszty społeczne, bo za to płaci ZUS. ZUS nie wiedząc, co robi NFZ, może jedynie alarmować o rosnących kosztach, a działania naprawcze ogranicza do weryfikacji zasadności zwolnień i rent.

Zbilansowana ocena skutków leczenia spowoduje większe finansowanie ochrony zdrowia, ale z drugiej strony położy nacisk na efektywność postępowań medycznych. To postawi przez lekarzami nowe wyzwania. Płatnik będzie wymagał jakości.

System wadliwie połączonych naczyń finansujących ochronę zdrowia pogrąża Polskę w coraz większym chaosie ekonomicznym. Zrozumienie kluczowej roli zdrowia obywateli dla sukcesu gospodarki jest jeszcze przed naszymi rządzącymi i przed nami. Oby jak najszybciej to nastąpiło.

Marek Wesołowski

 

*          damnum emergens (łac.) – rzeczywista szkoda, jaka została wyrządzona danemu podmiotowi prawa wskutek zdarzenia, z którym związana jest czyjaś odpowiedzialność

**        lucrum cessans (łac.) – korzyści, jakich spodziewał się podmiot prawa, ale których nie osiągnął z uwagi na to, że ktoś nie wykonał swego zobowiązania i przez to wyrządził mu szkodę uniemożliwiającą osiągnięcie tych korzyści