Nasi mistrzowie ? Joachim Juhnke

MEDICUS 11/2013

Nasi mistrzowie – Joachim Juhnke

z pediatrami: Bożenną Gozdalską-Jurkowską i Marią Kopieniak rozmawia Anna Augustowska

 

• Pierwsze skojarzenie, jakie się paniom nasuwa, kiedy pada nazwisko: doktor Joachim Juhnke…?

– Wspaniały diagnosta! Dociekliwy, z ogromną wiedzą i doświadczeniem. O ogromnej odpowiedzialności. Nie zdawał się na intuicję. Doskonale pamiętamy, że zanim postawił rozpoznanie – szczególnie w trudnych i złożonych przypadkach – siadał nad książkami, fachową prasą, wszystko sprawdzał, szukał potwierdzenia. Ponieważ znał doskonale kilka języków (z łaciny był wprost niedościgniony, znał też grekę), miał zwyczaj odczytywać nam np. po niemiecku całe fragmenty tekstu, potem je tłumaczyć i dopiero wtedy rozpoczynała się dyskusja nad danym przypadkiem. Przy tym niezwykle oddany pacjentom. Nigdy nie słyszałyśmy, aby kogoś zbył czy odmówił pomocy. Był zawsze gotowy nieść pomoc – o tym, że w swoim mieszkaniu przy ul. Bernardyńskiej przyjmował chore dzieci do ostatniego pacjenta, czyli nawet do 2 w nocy, jeszcze wiele osób pamięta.

Rano zjawiał się w szpitalu i pracował do późna, nawet będąc ordynatorem chodził
na wizyty domowe, za co się na Niego trochę złościłyśmy.

 

• Moja mama całe życie pamięta, jak Doktor przyjechał do mnie – wtedy niemowlaka – aby sprawdzić, jak zareagowałam na leki, które zlecił mi dzień wcześniej.

BGJ: – Tak, tak, właśnie taki był! Po prostu uważał, że lekarz właśnie tak powinien się zachowywać. Nie był też nastawiony na „robienie kasy”. Jak widział, że rodzina jest biedna, nie brał honorarium. Dawał pieniądze na leki, na zabawki. W szpitalu nie miał żadnych oporów przed umyciem dziecka, zmianą pieluchy – po prostu leczył.

Pacjenci go uwielbiali – zawsze opanowany, spokojny, uważny. Lubił rozmawiać z chorymi nie tylko o dolegliwościach, ale miał dla nich czas, pytał o wszystko, zaprzyjaźniał się. To nie była relacja lekarz – petent. Ale mimo swej niewyczerpanej cierpliwości do dzieci zdarzało mu się o niektórych przypadkach mówić: „knot wychowawczy”. Tak określał bardziej rodziców niż dzieci, które były
w pewnym sensie ofiarami złego wychowania, coś w stylu: „Jasiu nie kop doktora, bo cię będzie nóżka boleć”. Uważał, że dziecku trzeba stawiać granice, chociaż do chorego podchodził z całkowitą łagodnością – wiedział, że ma prawo bać się, płakać, nie współpracować.

 

• Jak znosił niepowodzenia?

– Źle, jak każdy. Kiedy dziecko umierało, szedł do rodziców. Nie uciekał od tego. Miał wielki autorytet. Ludzie wiedzieli, że jak Juhnke nie pomógł, to znaczy, że nikt nie mógł pomóc.

 

• A jakim był szefem? Obie panie pracowałyście pod Jego kierownictwem wiele lat.

BGJ: – Kiedy powstał oddział schorzeń jelitowych dla dzieci w szpitalu przy ul. Biernackiego (około 1970 roku), został tam ordynatorem, a ja Jego zastępcą. Doktor Maria pracowała z nami. Myślę, że lepszego szefa nie mogłyśmy mieć. Przyjaźnił się z nami, radziłyśmy się Go w wielu także bardzo osobistych sprawach. To dzięki Niemu zdecydowałam się na drugie dziecko, za co jestem Mu dozgonnie wdzięczna.

MK: – Zawsze można było na Niego liczyć. Wyrozumiały i troskliwy, chociaż sam o sobie mówił niewiele, był skryty. Trochę bujał w obłokach. Kupowałyśmy Mu nowe kapcie, bo zapominał, że stare się podarły, przypominałyśmy o ważnych spotkaniach, na których powinien wystąpić w garniturze… Pamiętam też, że uwielbiał zupę grochową – jak akurat była w szpitalnej stołówce, to zawsze zjadał dwie porcje.

BGJ: – A ja pamiętam, że zawsze lubił zmywać… chociaż nie chciałyśmy Mu na to pozwalać, stawał przy zlewie i mył szklanki i kubki wszystkich lekarzy. Bo, jak mówił, nic Go tak nie odpręża. W domu podobno lubił obierać ziemniaki. Nigdy nie złościł się na personel, nie krzyczał, nie miał potrzeby rządzenia. Pamiętne były dni Jego imienin – 20 marca – przychodziły tłumy ludzi z całego szpitala, każdy z kwiatami. Doktor czekał z ciastem, które wprost genialnie piekła Jego żona, Irena. Sławą okrył się m.in. tort z kieliszka (do masy dodawało się spirytus) udekorowany gruszkami z własnych przetworów. Doktor częstował, usadzał gości, a sam wymykał się do pacjentów…

 

• Ale miał też inne, pozazawodowe pasje?

– Bardzo był dumny z funkcji miejskiego radnego pełnionej aż przez 7 kadencji! W tamtejszej komisji zdrowia stale zabiegał o poprawę opieki zdrowotnej nad matką i dzieckiem. Był zresztą dyrektorem Wojewódzkiego Ośrodka Opieki nad Matką i Dzieckiem i to dzięki Niemu na Lubelszczyźnie powstała sieć takich poradni. Przez ponad 30 lat z ogromnym zaangażowaniem pracował w lubelskim oddziale Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego. Był uhonorowany wieloma odznaczeniami, ale najbardziej cenił sobie nadany Mu przez dzieci „Order Uśmiechu” i medal „Ludziom Gorących Serc”.

Wakacje spędzał w rodzinnych stronach na Pomorzu, nad jeziorem Sepoleńskim albo nad naszym Łukczem; uwielbiał pływać, odpoczywał zbierając jagody i grzyby. Marzył o podróży do Grecji – ale się nie udało.

 

• Zmarł w 1990 roku …

– Na pogrzeb przy ul. Lipowej przyszły tłumy – głównie byli pacjenci i ich rodziny. W kościele przy ul. Biernackiego, my, Jego współpracownicy, ufundowaliśmy Mu tablicę pamiątkową. Ale doktor Juhnke zasługuje na większy wyraz pamięci. Może Jego imieniem powinna być nazwana jedna z ulic miasta? Związał się przecież z Lublinem od 1945 roku, kiedy przygnała Go tu z Poznania zawierucha wojenna. I został tu aż do śmierci.

 

Joachim Juhnke (1917–1990) – specjalista pediatra, społecznik

 

Joachim Juhnke trafił na Lubelszczyznę w czasie II wojny światowej, której wybuch przerwał mu studia medyczne na uniwersytecie w Poznaniu. Do końca wojny pracował w szpitalu w Biłgoraju. Pod pseudonimem „Biały” leczył i ratował żołnierzy walczących w Puszczy Solskiej. Po wyzwoleniu Lublina kontynuował studia na wydziale lekarskim UMCS.

Dzięki prof. Witoldowi Klepackiemu związał się z lubelską pediatrią. Organizował przychodnie, oddziały pediatryczne i neonatologiczne w całym województwie.

Przez 25 lat pracował w szpitalu przy ul. Staszica, jednocześnie pełnił funkcję dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Opieki nad Matką i Dzieckiem; w 1970 r został ordynatorem oddziału schorzeń jelitowych w szpitalu przy ul. Biernackiego.

Uhonorowany m.in. medalem „Ludziom Gorących Serc” z zaangażowaniem działał w Chrześcijańskim Stowarzyszeniu Społecznym, a także przez 7 kadencji w Radzie Miasta Lublina.