Medale LIL – Janusz Spustek

MEDICUS 3/2013

Janusz Spustek

prezes Lubelskiej Izby Lekarskiej, ordynator Oddziału Neurologii Szpitala Neuropsychiatrycznego w Lublinie

 

• Kiedy podjął pan decyzję: Będę lekarzem?

– Jeżeli pan pyta, czy wybór medycyny nastąpił z fascynacji do niej czy z rozsądku, to w obu przypadkach odpowiem, że nie. Podczas nauki w liceum kilku chłopców tworzyło nieformalną grupę, w której silnie obowiązywały zasady lojalności, honoru, uczciwości. Pod koniec czwartej klasy, podczas rozmów na temat, co robić z dalszym życiem, zapadły ustalenia dotyczące studiów, kierunku i miejsca. Mógłbym więc odpowiedzieć: wybrałem medycynę, bo tak się umówiliśmy. Zacząłem studiować w Łodzi, później w Lublinie.

 

• A gdyby się panu nie powiodło na egzaminie wstępnym?

– Niewywiązanie się z podjętego zobowiązania było dla nas wówczas niewyobrażalne. Prawdopodobnie nie pokazywałbym się kolegom na oczy, aż osiągnąłbym cel.

 

• Wróćmy do okresu studiów.

– Na wspominanie studiów brakuje czasu nawet na zjeździe absolwentów. Ze wspomnień związanych z nauką wybrałbym dotyczące zajęć u prof. Mieczysława Zakrysia. Krążyły o nim legendy jako o osobie niezwykłej, której należy się bać. Dodatkowo, egzamin u profesora miał być loterią z małym znaczeniem posiadanej wiedzy. Może ciekawość takiej osobowości sprawiła, że chłonąłem kontakty z profesorem, a do egzaminu przystąpiłem rozluźniony, świadomy nieznanego wyniku.

 

• Rozpoczynając pracę, wybrał pan neurologię.

– Po studiach trzeba było szybko podjąć decyzję, a w szpitalu, w którym obecnie pracuję, było wolne miejsce. W czasie studiów, ucząc się neurologii, bardzo mnie intrygowało, jak to jest, że w tak licznych i różnorodnych schorzeniach neurologicznych występują wręcz takie same objawy. Intrygowało to mnie do tego stopnia, że powątpiewałem nawet w możliwości stawiania przez lekarzy neurologów konkretnych rozpoznań. Postanowiłem to sprawdzić i tak zostałem neurologiem. Przez lata mojej pracy w neurologii zmieniło się bardzo dużo. Zmiany korzystne zawdzięczamy przede wszystkim postępowi technologicznemu, zwłaszcza w diagnostyce i terapii. Są też, niestety, zmiany niekorzystne – wystarczy powiedzieć, że obecna historia choroby jest 10 razy grubsza od poprzedniej. Oczywiście, odbywa się to kosztem czasu przeznaczonego dla pacjentów. Dodatkowo, na szczeblu centralnym, każda nowa ekipa wprowadza nowe przepisy, często nieprzemyślane lub wręcz niepotrzebne. Zbiurokratyzowanie naszego zawodu to bardzo szkodliwy kierunek.

 

• Istotną rolę w pana życiu odegrała działalność w OZZL.

– Pełnienie funkcji przewodniczącego regionu to okres zdobywania bardzo cennych doświadczeń, poznanie zachodzących procesów społecznych, wzajemnych relacji różnych środowisk lekarskich. Lata 2006-2007 to były lata przełomowe. Pierwsze strajki o znaczeniu ogólnopolskim rozpoczęły się między innymi na Lubelszczyźnie; strajkowało wówczas u nas 70% szpitali. Okres pełnienia funkcji przewodniczącego ZR w OZZL był też znamienny pod względem bardzo dobrej współpracy związku z lubelską izbą lekarską, a przede wszystkim – poprawy relacji między związkiem zawodowym a samorządem lekarskim na szczeblu centralnym. Myślę, że z sukcesem działaliśmy w tej sprawie z pełniącym w tym czasie funkcję prezesa izby lubelskiej Andrzejem Ciołko. W czasie mojej aktywności związkowej stykałem się z wieloma osobami w mojej ocenie bardzo wartościowymi, o poglądach zbliżonych do moich. Wielu z nich mógłbym zaliczyć do przyjaciół. Cały ten okres wspominam jako wymagający wielu wyrzeczeń, trudów, a jednocześnie bardzo przyjemny i dający dużo satysfakcji.

 

• Lata działalności w samorządzie lekarskim to jeden z najważniejszych etapów w pana życiu.

– Istotnie, jeżeli liczyć moją obecność w samorządzie lekarskim od pierwszego wyboru na delegata, to obecnie mija jej 16. rok. Działalność w samorządzie pochłania mnie bez reszty. Czasami słyszę pytanie od kolegów: „Płacę składki, a co robi dla mnie izba?”. Przecież ta działalność odbywa się na wielu płaszczyznach i zawsze z uwzględnieniem dobra lekarza lub bezpośrednio temu służy. Na poziomie legislacyjnym poprzez opiniowanie aktów prawnych, również przez izby okręgowe. Na szczeblu wojewódzkim, np. poprzez wpływ na decyzje władz województwa, urzędów, dyrektorów. Działalność ta przybiera różne formy – od interwencyjnej przez tworzenie opinii do przynoszącej najwięcej satysfakcji formy uzgodnieniowej. Z reguły, lekarz rzeczywiście korzysta z tej działalności nie wiedząc, że mogło być dla niego gorzej. Przykładem takiej sytuacji mogą być dobre (bardzo dobre) relacje z LOW NFZ, w rezultacie których mamy najlepsze w kraju warunki kontraktowania dla stomatologów (zwłaszcza w szkołach); praktycznie nie ucierpieli lekarze nie posiadający umowy na refundację leków, wystawiający recepty na leki refundowane, została zażegnana groźba wyeliminowania możliwości wystawiania recept refundowanych przez lekarzy zatrudnionych na umowę zlecenie lub umowę o pracę w podmiotach nie posiadających umowy na świadczenia z NFZ. Innym przykładem nieświadomości efektów działania izby mogliby być lekarze absolwenci, zagrożeni (nie z winy izby lekarskiej) nierozpoczęciem stażu w terminie.

Z drugiej strony, były też niepowodzenia w działalności, a jednak nie żałuję włożonej w nią pracy. Każdy, kto pracuje w zawodzie ponad 10 lat, będzie to pamiętał. Uznaliśmy wówczas, że sposobem na poprawę pozycji lekarza i jego wynagrodzenia może być zmiana systemu ochrony zdrowia. Powstał projekt (współautorstwa z OZZL) ustawy zmieniającej ustawę o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym. Warunkiem wniesienia pod obrady sejmu tego projektu było zebranie ponad 100 tys. podpisów w kraju. Był rok 2002, przeprowadziliśmy akcję zbierania podpisów. Pamiętam, jak z dumą wiozłem do Warszawy pudełka z podpisami z Lubelszczyzny w liczbie przytłaczająco przewyższającej zebrane z innych województw. Projekt trafił do Marszałka Sejmu RP i oczekiwał na wniesienie do porządku obrad sejmu. Niestety, w tym czasie została uchwalona ustawa wprowadzająca Narodowy Fundusz Zdrowia, znosząca ustawę o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym i likwidująca kasy chorych.

To tylko bardzo mały wycinek działalności izby i, jak Pan słusznie nazwał, jednego z najważniejszych etapów w moim życiu.

 

• Może jeszcze powiedziałby pan kilka słów na temat, jak wygląda kontakt lekarza z jego izbą?

– Izba lekarska, choć pełni zadania publiczne, nie jest w powszechnym rozumieniu urzędem. Ma przede wszystkim służyć lekarzom i robimy wszystko, aby każdy, mający z nią kontakt, czuł się w niej dobrze. Wchodząc do budynku każdy zauważy po prawej stronie poręcz, ale tylko nieliczni wiedzą, że w zimie nad ich bezpieczeństwem czuwa system stale zapobiegający obladzaniu się schodów. Z kolei w lecie, lekarz będzie przebywał w klimatyzowanej sali konferencyjnej lub innych pomieszczeniach izby. Chyba jednak przede wszystkim oczekiwane jest sprawne, możliwie szybkie i satysfakcjonujące załatwienie sprawy. Każdego roku występuje spiętrzenie tego samego rodzaju spraw, co jest związane z ukończeniem studiów, staży czy wysłanymi w jednym czasie pismami z określonych urzędów. Przegrupowujemy wówczas pracowników izby, pracują oni w nadgodzinach, przygotowując setki dokumentów. Czasu pracy członków Prezydium, a zwłaszcza sekretarza, skarbnika i prezesów nie liczę.

Czy czas oczekiwania dla lekarza w tym przypadku jest satysfakcjonujący? Nie wiem, ale jestem przekonany, że gdyby takie sprawy załatwiane były w urzędzie albo przy innym podejściu do spraw lekarzy, tej mobilności by nie było. Natomiast nie można oczekiwać, że wśród systematycznie udzielanych porad prawnych wszystkie będą satysfakcjonujące, za to z pewnością wszystkie są rzetelne. Z kolei zawieranie obowiązkowego ubezpieczenia na wynegocjowanych, najlepszych w kraju warunkach musi być zauważone przez lekarzy, a i dla nas też jest satysfakcjonujące. Kontakty lekarzy z izbą to też szkolenia – dla wszystkich wchodzących do zawodu oraz liczne w ramach kształcenia podyplomowego. Szkolenia organizowane przez izbę są nieodpłatne.

 

• A jakie są finanse izby lubelskiej?

– Bilansujemy się rokrocznie z wyraźną nadwyżką. Dlatego stać nas w ostatnich latach na niewymienione duże inwestycje, jak też na rozwijanie pomocy socjalnej dla lekarzy. Boleję w tym miejscu, że z utworzonego funduszu stałej pomocy korzysta mało lekarzy, krępują się chyba zwrócić o pomoc.

 

• Praca zawodowa, działalność samorządowa to jedno, a jak najchętniej spędza pan czas wolny?

– Wielką satysfakcję dają mi prace manualne i to już od najmłodszych lat. Pod koniec szkoły podstawowej i w liceum byłem częstym bywalcem zakładu stolarskiego, wykonującego m.in. meble, gdzie pracowałem pod opieką doświadczonych osób. Na studiach budowałem wzmacniacze i kolumny głośnikowe. Te zdobyte doświadczenia zaowocowały tym, że choć obecnie oddaję się podobnym czynnościom rzadziej, efekt końcowy ma wyższą jakość. Ostatnio zajmuję się przywracaniem do życia starych, ponad 100-letnich zegarów. Wybieram te niesprawne, w których trzeba coś uzupełnić, często dorobić. Sprawia mi to olbrzymią satysfakcję i przyjemność.

 

• Tradycje medyczne w rodzinie.

– Lekarzem jest też moja żona. Córki wybrały inne zawody.

 

• Otrzymane odznaczenia i wyróżnienia

– Chyba pana zaskoczę. Posiadam medal przyznany przez ministra zdrowia, ale na równi cenię odznaczenie przyznane przez Krajową Radę Spółdzielczości „Zasłużony dla spółdzielczości”.

 

Rozmowy przeprowadził Jerzy Jakubowicz.