Codziennie widzę, jak rodzi się nowe życie

MEDICUS 1-2/2013

Codziennie widzę, jak rodzi się nowe życie

z prof. Anną Kwaśniewską, kierownikiem Katedry i Kliniki Położnictwa i Patologii Ciąży UM w Lublinie rozmawia Anna Augustowska

 

• Nagroda, którą otrzymała pani Profesor w czasie odbywającego się pod koniec ub. roku III Kongresu Kobiet Lubelszczyzny, to nagroda dla kobiety-lekarza, kobiety-naukowca, a może dla kobiety-polityka?

– Zdecydowanie dla kobiety-lekarza, a dokładnie dla kobiety-położnika! W żadnym wypadku nie dla polityka. Nie należę i nigdy nie należałam do żadnej partii politycznej. Nagrodą byłam bardzo mile zaskoczona. Do ostatniej chwili nie wiedziałam, że jestem w gronie laureatek (oprócz mnie w kategorii nauka były do tej nagrody nominowane też inne panie z pozostałych lubelskich uczelni). Tym bardziej cieszę się z jej otrzymania, bo to już kolejna nagroda, która trafia do kobiety-naukowca z lubelskiego Uniwersytetu Medycznego. Rok wcześniej odebrała ją prof. Grażyna Ginalska z Katedry i Zakładu Biochemii i Biotechnologii.

Chciałabym podkreślić, że traktuję tę nagrodę jako wyraz uznania dla całego środowiska kobiet-lekarzy, a przede wszystkim dla kobiet-położników, pracujących również naukowo. Chyba nikt lepiej od samych kobiet nie mógłby lepiej ocenić i docenić naszej pracy.

 

• To prawda i chyba tylko kobiety wiedzą, że bycie kobietą-naukowcem to nie jest łatwe zadanie?

– Powiedziałabym nawet, że to jest bardzo trudne zadanie. Bo biologia w ogromnym stopniu determinuje nasze życie, myślę tu oczywiście o tym, że musimy godzić wiele ról, w tym tak ważnej roli matki i opiekunki dzieci. Jeśli równolegle zajmujemy się pracą naukową – a w medycynie nie można działać na pół gwizdka – to doprawdy musimy wykazać się prawdziwą umiejętnością, aby to harmonijnie współbrzmiało. Na szczęście wielu z nas się to udaje. Wśród młodych lekarek, które mogę obserwować na co dzień, bo zdobywają specjalizację z położnictwa i ginekologii w kierowanej przeze mnie klinice, mam takie przykłady. Prowadzą badania, szkolą się, podnoszą kwalifikacje, ale mają też życie rodzinne, wychowują dzieci i prowadzą domy. To jasne, że mają mądrych i wspierających partnerów, bo że rodzi kobieta to fakt, ale już rodzina to zadanie dla dwojga.

 

 Mówi się, że położnictwo to wyjątkowy zawód, wręcz powołanie. Wybrała pani tę specjalizację, bo…?

– Bo jest nadzwyczajna. Każdego dnia jestem świadkiem narodzin nowego życia. Czy może być coś piękniejszego? Umiem to docenić, bo na początku mojej pracy lekarza pracowałam w Klinice Chorób Wewnętrznych przy ul. Staszica, gdzie uzyskałam jako pierwszą specjalizację z chorób wewnętrznych Byłam świadkiem umierania wielu ludzi i zdałam sobie sprawę, że bardzo źle to znoszę. Nie umiałam sobie z tym poradzić, zahartować się, przyzwyczaić. Ratunkiem stało się położnictwo – mimo że tu też są ciemne strony, ale tych jasnych jest zdecydowanie więcej, a nawet coraz więcej. 30 lat temu do rzadkości należały szczęśliwe ciąże kobiet np. z cukrzycą, chorobami kardiologicznymi, hematologicznymi czy nowotworowymi. Dzisiaj nie ma w zasadzie przeszkód, aby kobiety w ciążach wysokiego ryzyka nie mogły rodzić zdrowych dzieci. Nie mówiąc już o coraz doskonalszej opiece prenatalnej, nowoczesnej diagnostyce itd.

Położnictwo to co prawda podwójna odpowiedzialność – za matkę i dziecko – ale ja uważam, że to jest to jedna z najwspanialszych dziedzin medycyny.