Diagnoza wstępna

MEDICUS 1-2/2013

Diagnoza wstępna

Jaki będzie 2013 rok, trudno powiedzieć. Po odwołaniu przez Majów końca świata w grudniu 2012, potrzebna jest także pomoc egzorcystów w sprawie 13-ki. Nie będzie to łatwa sprawa, bo zwykle pechowe wydarzenia dla jednych mogą być korzystne dla innych. Być może, z taką sytuacją mieliśmy do czynienia pod koniec ubiegłego roku. Wielu lekarzy otrzymało pisma z NFZ, w których zwracano się do nich, że „jeżeli zamierzają prowadzić działalność leczniczą”, to powinni zarejestrować praktykę lekarską. Już na wstępie, określenie „działalność lecznicza” niesłusznie było utożsamiane przez wielu adresatów z wykonywaniem zawodu, ale istotą sprawy była zapowiedź niemożności wystawiania recept na leki refundowane przez lekarzy zatrudnionych na podstawie umowy zlecenia lub umowy o pracę w podmiotach nie posiadających umowy z Funduszem. W skrócie można powiedzieć, że przepisy tak stanowią, iż podmiot zatrudniający nie może być stroną umowy wyłącznie na refundację leków. Nie mógł być też stroną tej umowy lekarz zatrudniony, bez zarejestrowania praktyki lekarskiej. Ostateczną przeszkodą bowiem było rozporządzenie Ministra Zdrowia o receptach z 8 marca 2012, które przypisywało REGON na recepcie do lekarza posiadającego umowę z Funduszem na refundację leków. Aby z kolei posiadać ten REGON, nieodzowne było zarejestrowanie praktyki lekarskiej. Zamieszanie niebagatelne – zapowiadała się duża strata w skali kraju dla lekarzy zatrudnionych i dla podmiotów, zwykle prywatnych. Dopiero nowelizacja rozporządzenia o receptach z 21 grudnia 2012 r. pozwala na umieszczanie REGON-u miejsca udzielania świadczeń i tym samym, umowy na refundację leków, podpisane po 1 lipca 2012 r. przez lekarzy zatrudnionych w podmiotach nie posiadających umowy z Funduszem, nie straciły ważności. Mogą te umowy podpisywać także ci zatrudnieni, którzy się jeszcze na to nie zdecydowali. Samorząd lekarski nie stał z boku wobec groźby opisanej sytuacji. Dla wydających rozporządzenia wywołanie tak dużego zamieszania to pech, a ostatecznie dla lekarzy i podmiotów zatrudniających rok 2013 rozpoczął się korzystnie.

W funkcjonowaniu ochrony zdrowia pojawiła się też inna zmiana – elektroniczna weryfikacja uprawnień świadczeniobiorcy (eWUŚ). Nie spotkałem dotychczas lekarza, który korzystając z tej weryfikacji, oceniłby negatywnie jej istnienie, choć niektóre zasady pozyskiwania danych muszą być zmienione. Odnosi się to zwłaszcza do codziennej weryfikacji uprawnień pacjentów hospitalizowanych. Wyobrażam sobie jednak, że w 2013 roku, razem z funkcjonowaniem eWUŚ-a, pech będzie dotyczył nie tylko niektórych pacjentów, ale też osób odpowiedzialnych za zawarcie ubezpieczenia zdrowotnego u jego pracodawcy, przekazanie danych o ubezpieczeniu w ZUS czy NFZ.

Niektórzy to mają pecha od początku roku. Minister Zdrowia zapowiedział szereg zmian – 5 pakietów. Jedna z nich to wprowadzenie elektronicznej karty ubezpieczenia zdrowotnego dla pacjenta. Wydawanie tych kart będzie się odbywało w 2013 roku, aby z początkiem 2014 roku pacjenci mogli się nimi posługiwać. Jak powiedział minister, będzie na nich zapisany nie tylko fakt ubezpieczenia zdrowotnego, ale też będą mogły być zamieszczone informacje medyczne (np. schorzenia, udzielone porady, zapisane leki) i to jest zgodne z opracowaniami naukowymi, przygotowującymi ten system. Inaczej to widzi przedstawicielka Rady NFZ, wszystkie informacje medyczne chce zapisać nie we wspomnianej „karcie pacjenta”, a w zapowiadanej karcie specjalisty medycznego („karcie lekarza”). Niezgodność ta ma znaczenie, bowiem odczytywać informacje medyczne, a zwłaszcza je nanosić, może tylko lekarz i tylko po uzyskaniu zgody pacjenta. Aby z kolei korzystać z tego uprawnienia, konieczne jest nadanie lekarzowi indywidualnego kodu dostępu lub poprzez elektroniczną kartę lekarza i to jest główny cel posiadania takiej karty. Niestety, inaczej widzi prawo dostępu do danych drugi pechowiec, poprzez swoją niestosowną wypowiedź – minister: „Dzięki niej będziemy dokładnie wiedzieć, w ilu miejscach lekarz przyjmuje, gdzie jest dostępny”. W obu przypadkach oburzający jest cel inwigilacyjny, jak za minionych, mrocznych czasów. To są niepotrzebne, prowokacyjne wypowiedzi, bo uzasadnienie merytoryczne jest inne i zrozumiałe. Natomiast uboczny, inwigilacyjny efekt będzie zależał tylko od wprowadzenia możliwości transmisji danych medycznych do określonego urzędu.

Janusz Spustek