Nie mieści mi się w głowie…

MEDICUS 12/2012

Nie mieści mi się w głowie…

Nie mieści mi się w głowie, że lekarze nie badają pacjentom piersi i świadomie fałszują dokumentację lekarską, potwierdzając nieprawdę swoim podpisem: „Gruczoły piersiowe b.z.”.

Nie każdy musi mieć bojaźń przed Bogiem, ale przed prawem – zalecałabym. Szkoli się bowiem coraz więcej młodych adeptów prawa ze specjalizacją w procesach medycznych. Też potrzebują pieniędzy. Nieubłagane prawa rynku. Wraz z rozwojem świadomości społecznej i obywatelskiej pacjenci wreszcie upomną się o swoje prawa. Może nie tylko we mnie dojrzewa przekonanie, aby ich wspierać.

Nie mogę pojąć, dlaczego umęczeni chorobą, operacjami, chemioterapią pacjenci z chorobą nowotworową z Zamojszczyzny są skazani na trudy i koszty codziennych podróży do Lublina po 3 minuty radioterapii. Brr, 200 km codziennie w jedną stronę z takiego np. Horodła pod Hrubieszowem, końca Unii Europejskiej. Zimą. Z osłabioną odpornością.

A na miejscu w Zamościu prawie multidyscyplinarny system leczenia onkologicznego: diagnostyka (dobrze wyposażona radiologia, zakład patomorfologii), chirurgia onkologiczna (3 lekarzy chirurgów onkologów), oddział onkologii
klinicznej z lekarzami onkologami i ordynatorem – lekarką z prawdziwego zdarzenia. Oprócz radioterapii. I oczywiście odpowiednich środków na leczenie. „Prawie” robi różnicę.

Na korytarzu oddziału onkologii, który zajmuje w zamojskim szpitalu przestrzeń o wielkości odwrotnie proporcjonalnej do rozmiaru problemu chorób nowotworowych w populacji, leżą pacjenci z powikłaniami po chemioterapii: z osłabioną odpornością, septyczną gorączką, zlewnymi potami, wymiotujący. Cierpiący ludzie z bezpośrednim zagrożeniem zdrowia i życia. Właściwie to cud, że mają ten oddział w bliskości domu: ordynator urologii odstąpił część „swoich” łóżek (chwała mu!), determinacja lekarzy onkologów, personelu medycznego, administracji szpitala i niektórych decydentów, zamojskich „Amazonek” zrobiły resztę. Ale, jak widać, nie do końca.

Dostępność usług, jakość życia, bezpieczeństwo zdrowotne, prawa człowieka. Nie mogę uwierzyć, że te standardy nie mają pokrycia w rzeczywistości. I nie rozumiem decyzji, które nie służą ludziom. A może komuś właśnie służą, tylko ja w swej naiwności nie pojmuję tych wyższych racji.

Nie mieści mi się w głowie, że ortopeda, lecząc (?) w szpitalu „stan po stłuczeniu kończyny górnej lewej” nie obejmuje refleksją i badaniem niczego poza układem kostno-stawowo-mięśniowym
rzeczonej kończyny. A że obrzęk był przed upadkiem i że wynika on z zajęcia węzłów chłonnych z powodu przerzutów wrzodziejącego raka piersi lewej? Cóż, od rozpinania piżamy i oglądania/obmacywania/osłuchiwania klatki piersiowej są interniści, kardiolodzy, pulmonolodzy. „Gruczoły sutkowe b.z.”. NFZ zaliczy procedurę „leczenia” na oddziale ortopedii.

Nie mogę pojąć, że ortopedzi (zjedzą mnie żywcem, ale co mi tam!) przyjmują pacjentów „hurtem” – po kilku naraz w jednym gabinecie. Z pewnością kolano lub stopa nie są częścią intymną człowieka, ale biodro poprzez wiadome sąsiedztwo – już tak! Staram się zrozumieć tych specjalistów – pewnie przyświeca im jakiś wyższy cel. Może chcą udzielić swoich wysokiej jakości świadczeń jak największej liczbie pacjentów, kłębiących się pod drzwiami gabinetu? Bo może mało jest ortopedów, a dużo ortopedycznych problemów w społeczeństwie? Leninowska ideologia, że ilość przechodzi w jakość wiecznie żywa?

Pod wszędzie obecnym szyldem o misji szpitala (z najwyższą pozycją w Polsce w rankingu wpływowego tygodnika, ale z permanentnym brakiem papieru toaletowego), obok wywieszki z prawami pacjenta, pielęgniarka przesłuchuje zebranych w jednej sali-poczekalni pacjentów „chirurgii jednego dnia”. Odbywa się publiczne zbieranie wywiadów, prawie jak spowiedź, ale bez zachowania tajemnicy spowiedzi. I wbrew tajemnicy lekarskiej. Co gorzej, bez jakiejkolwiek refleksji. Ani pielęgniarki ani lekarzy, ani ordynatora.

Dziwię się pacjentom, że się na to godzą. Na ten brak poszanowania ludzkiej intymności, na łamanie praw pacjenta, odzieranie z godności, na wątpliwą jakość tego procesu leczenia.

Mnie nie odpowiada, że podczas wizyty u lekarza, obojętnie czy internisty, czy ginekologa, do gabinetu wchodzą różne postronne osoby, nie zaproszone do udziału w tej intymnej relacji lekarz – pacjent. A to koleżanka lekarka z oddziału, z prośbą o konsultację (a to po podpis, a to zapytać, a to przypomnieć), czy inni pracownicy służby zdrowia „załatwiani” poza kolejką. I że lekarz pięć razy w tym czasie dzwoni lub odbiera telefony. Rekordziści – piętnaście. Tematyka rozmów bogata w swej różnorodności – jak życie. Życie prywatne i służbowe doktora. Na szczęście, zdarza się rozmowa telefoniczna w sprawie właśnie tego, konkretnego, siedzącego przed lekarzem pacjenta. Konsultacja z innym specjalistą, kontakt z lekarzem kierującym i przekazanie mu informacji i sugestii, ustalanie terminów badań diagnostycznych, itp. Często tak bywa. Czasem? No, może trochę przeholowałam.

Nie przestanie mnie nigdy dziwić, jak to możliwe, aby podczas udzielania porady lekarskiej, odbywającej się w tempie wyścigu Formuły Pierwszej, z szacunkiem wysłuchać pacjenta, zebrać wywiad, dokładnie go zbadać (z gruczołami sutkowymi włącznie!), pomyśleć, postawić choćby wstępną diagnozę z wykluczeniem innych potencjalnych rozpoznań, udzielić wyczerpującej i zrozumiałej dla pacjenta informacji o stanie jego zdrowia, zaproponować mu sposób leczenia, odpowiedzieć na pytania i wyjaśnić wątpliwości, skierować na dodatkowe badania (o ile zachodzi konieczność), zalecić leki, terapię, wypisać
i wydać skierowania, recepty itp,. i odnotować powyższe czynności w dokumentacji elektronicznej i papierowej. I być jednocześnie empatycznym, kulturalnym, budzić zaufanie. Nie zapominać o prawach pacjenta. O odpowiedzialności za swoje decyzje lub ich brak. A gdy się nie wie, korzystać z konsultacji innych kolegów. I w ogóle rozmawiać. I umieć przeprosić za błąd. Coś zapomniałam z tego standardu?

Imponują mi lekarze, którzy na bylejakość się nie godzą. Odchodzą z pracy, która ich do niej zmusza. Tworzą inne placówki i prowadzą je według własnych reguł przyzwoitości, uczciwości, profesjonalizmu. Jeżdżę do Lublina do takiej lekarki (dr Ewa), która jest moim ucieleśnieniem marzenia o odpowiedzialnym, budzącym zaufanie lekarzu. Polecam ją wszystkim moim znajomym i współpracownikom. I wszyscy zgodnie twierdzą, że z takim standardem spotkali się pierwszy raz w życiu.

Boję się chorować i bardzo nie lubię kontaktów z placówkami opieki zdrowotnej. Wiem o ich funkcjonowaniu i o lekarzach w nich zatrudnionych więcej niż przeciętny pacjent. Jestem lekarzem. Ale nie zapominam o tym, że lekarzem się bywa, zwłaszcza w krajach, gdzie na porządku dziennym jest utrata prawa wykonywania zawodu. A pacjentem się jest lub będzie. Na pewno – prędzej czy później.

Maria Król