Schizofrenia to choroba mózgu

MEDICUS 11/2011

Schizofrenia to choroba mózgu

z prof. Andrzejem Czernikiewiczem, kierownikiem Katedry i Kliniki Psychiatrii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, rozmawia Anna Augustowska

• Czy pamięta pan pierwszego pacjenta, u którego zdiagnozował pan schizofrenię?

– Oczywiście, że pamiętam. Ta osoba jest zresztą od tamtej pory – czyli od blisko 30 lat moją pacjentką.

 

• Jak wiele zmieniło się przez ten czas w widzeniu tej choroby, w jej leczeniu, w sytuacji pacjentów?

Dobre pytanie, bo w tym roku obchodzimy właśnie jubileusz 100-lecia badań nad schizofrenią. Jeśli powiem, że zmieniło się bardzo wiele, nie będzie przesady. Przede wszystkim nomenklatura. Mniej więcej 10 lat temu – zgodnie z zaleceniami Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego – o schizofrenii mówiono, że to poważna choroba psychiczna, rozpoczynająca się w okresie młodości i trwająca do końca życia chorego. Dzisiaj – także zgodnie z definicją ATP – mówimy, że schizofrenia to poważna choroba mózgu, dająca okresy remisji, pozwalające chorym na powrót do normalnego życia. Odeszliśmy od stygmatyzacji chorych. W powszechnym mniemaniu schizofrenia to straszna choroba, katastrofa. Ten fatalistyczny obraz zmienił się – chory ma okresy poprawy, czasem nawet do końca życia! Lecząc osoby ze schizofrenią, chcemy, aby pacjenci odzyskiwali kontrolę nad swoim życiem, także w wymiarze społecznym.

 

• Czyli powszechne przekonanie, że schizofrenia jest nieuleczalna, można uznać za nieaktualne?

– Dzisiaj wiadomo, że schizofrenia poddaje się leczeniu – skutecznemu leczeniu, tak że znakomita większość chorych osiąga stan, który pozwala im kontynuować naukę, podjąć pracę, pełnić różne role społeczne i radzić sobie samodzielnie w życiu. Ogromna w tym zasługa nowoczesnych leków, ale także dobrze prowadzonej terapii środowiskowej, większej świadomości społecznej. W Polsce mamy jeszcze wiele do zdziałana na tym polu, ale ten proces się dzieje i nie sądzę, aby mógł zostać zatrzymany.

 

• Znam opinie, że chorzy przywróceni do „normalności” nie są tą zamianą światów zachwyceni, mówią, że nagle ich życie traci kolory, intensywność, że wszystko wokół jest szare i wyblakłe…

– Te wspaniałe fajerwerki, kolory, olśnienia i mocne wrażenia, które są efektem urojeń, są tak atrakcyjne zwykle tylko w pierwszym epizodzie choroby. Każdy kolejny rujnuje życie chorego. Ogromna większość pacjentów nie chce powrotu choroby, tego pomieszania świata realnego z urojonym, galopady myśli, poczucia prześladowania.

 

• Co w takim razie jest największym problemem osoby ze schizofrenią?

– Wbrew temu, co się sądzi, nie są to halucynacje czy urojenia. Z nimi chorzy radzą sobie, nawet jeśli, mimo leczenia, te urojenia ich nie opuszczają. Mam pacjenta, który ciągle słyszy głosy, ale on o nich wie, umie je odróżnić i im nie ulegać. Natomiast problemem są, po pierwsze, deficyty poznawcze, kłopoty z zapamiętywaniem, z koncentracją. Chorzy nie zawsze rozumieją innych, po lekach gorzej im się myśli. Po drugie, cierpią z powodu braku kontaktów z innymi ludźmi. Czują się spacyfikowani przez leki, spowolniali. Uciekają więc od ludzi, wstydzą się. Boleśnie doskwiera im osamotnienie, w którym się pogrążają. Z tego wynika trzecia grupa problemów: kłopoty zawodowe, brak pracy, poczucie, że świat nie chce mieć z takimi osobami nic do czynienia. Znaleźć zatrudnienie na wolnym rynku dla osoby, która leczy schizofrenię, to w Polsce wciąż mistrzostwo świata. Owszem, mamy kilka sztandarowych przykładów, jak np. hotel „U Pana Cogito”, który w Krakowie prowadzą chorzy ze schizofrenią czy naszą kawiarenkę, w której pod egidą Stowarzyszenia Misericordia, pracuje kilka osób, ale to kropla w morzu potrzeb.

Obawa przed „szaleństwem”, które jest zawsze łączone z tendencjami do agresji, przestępczości i niepoczytalności, jest w naszym społeczeństwie jeszcze głęboko zakorzeniona. Tymczasem, według statystyk, przestępczość osób ze schizofrenią jest wielokrotnie mniejsza niż w tzw. zdrowym społeczeństwie. Warto, aby tzw. zdrowi zdawali sobie sprawę, że osoby ze schizofrenią tym lepiej będą funkcjonować w świecie, im bardziej będą aktywni.

 

• Czy każdą schizofrenię trzeba leczyć?

– Nie – jeśli objawy nie są ostre, nie odrywają od realnego świata; taka osoba może funkcjonować bez leków. Zwykle zyskuje opinię dziwaka, odludka. Warto wiedzieć, że według najnowszych statystyk na schizofrenię choruje 2% społeczeństwa, ale mniej więcej połowa to osoby nigdy nie zdiagnozowane. Ich choroba ma łagodny przebieg, żyją w tolerancyjnym środowisku, dają sobie radę.

 

• Rozmawiając o schizofrenii, nie sposób nie zapytać o jej przyczyny. Co dzisiaj na ten temat mówi nauka?

– Przez lata badań nad tą chorobą pojawiało się wiele teorii, m.in. teoria o wpływie matek, o infekcjach wirusowych i komplikacjach poporodowych, o roli wychowania w środowisku pozbawionym akceptacji, agresywnym itd. Dzisiaj wiemy, że wpływ mają czynniki genetyczne (jeśli choruje jedno z rodziców, statystycznie istnieje 10-procentowe prawdopodobieństwo, że ich dziecko też zachoruje; jeśli chorują oboje, to prawdopodobieństwo rośnie do 50 proc.). Ale samą genetyką nie wyjaśnimy występowania schizofrenii. Nauka dowiodła natomiast, że środki psychoaktywne, takie jak amfetamina, marihuana sprzyjają, a być może przyspieszają wystąpienie schizofrenii.

 

• To powiedzmy jeszcze o lekach nowej generacji.

– Dają mniej efektów ubocznych, nie otumaniają, nie wywołują drżenia, sztywności mięśni czy tak uciążliwego dla chorych przymusu chodzenia, ale nie są idealne. Sprzyjają tyciu, miażdżycy, cukrzycy (chorzy muszą w związku z tym pilnować wagi, raz w miesiącu mierzyć obwód w pasie), ale są nieodzowne – chorzy, którzy rezygnują z nich, szybko proszą o przywrócenie kuracji.