Laury Medyczne 2011

MEDICUS 06/2011

Laury Medyczne 2011

Prof. dr hab. Marian Durda

• Co należy robić, aby zostać cenionym i lubianym lekarzem, zarówno przez pacjentów, jak i współpracowników?

– To trudne pytanie, ale sądzę, że należy być przede wszystkim sobą, normalnie żyć, normalnie pracować. Wymagać przede wszystkim od siebie, a dopiero później od innych.

 • Uzupełnię Pana wypowiedź o opinię współpracowników: „Profesora cechuje koleżeńskość, opiekuńczość, nieustanny zapał pogłębiania i zdobywania wiedzy. Lubi pracę z chorymi. Wnosi optymizm, nawet w sytuacjach bardzo krytycznych”. A jak wyglądały początki drogi, która zaprowadziła Pana na medycynę?

– Medycyna interesowała mnie od zawsze. Ale decydującym momentem było spotkanie wspaniałego lekarza i życzliwego człowieka, który z niezwykłym oddaniem opiekował się mną, gdy zostałem pogryziony przez wściekłego psa. Wtedy podjąłem decyzję, że zostanę lekarzem. Niestety, tymczasem nad moją głową zawisły groźne, ciemne chmury. W szkole zarządzono
głosowanie, jak mają się rozpoczynać lekcje: od modlitwy czy „Międzynarodówki”. Głosowałem za modlitwą, a w „nagrodę” ZMP orzekło, że jestem niepostępowy i nie otrzymam poparcia na studia. Mimo tego zgłosiłem się na egzamin wstępny na Akademię Medyczną w Lublinie, bo tu było najbliżej z moich kieleckich rodzinnych stron. Egzamin, o dziwo, zdałem, ku zaskoczeniu tych, którzy chcieli mi zablokować drogę na studia. Studia przeszły spokojnie, ogólnie wspominam je przyjemnie, w tym prowadzone przez pana ćwiczenia w Katedrze Fizjologii Człowieka.

 

• Czy od razu po studiach podjął Pan decyzję: będę pulmonologiem?

– Chciałem być pediatrą, miałem obiecany etat u prof. Antoniego Gębali, ale wtedy niezbędne było uzyskanie pozwolenia na pracę w Lublinie. Niestety, z ministerstwa zdrowia przyszła decyzja odmowna z uzasadnieniem, że w Lublinie jest wystarczająca liczba pediatrów. Na szczęście spotkałem dobrych, życzliwych ludzi: dr. dr. Ryszarda Kucharskiego, Zygmunta Leziaka, Stanisława Załuskę. Wytłumaczyli mi, że w Lublinie są duże braki kadrowe na Ftyzjopulmonologii i podjęcie tam pracy pomoże mi w uzyskaniu upragnionego pozwolenia na pracę. W tym czasie powstał Oddział Szpitalny Wojewódzkiej Przychodni P/G w Lublinie przy ul. Niecałej. Lekarze ci, znakomici organizatorzy ochrony zdrowia, potrafili zdobyć nowoczesną aparaturę, której nie posiadała nawet Klinika AM. Dzięki temu otrzymałem możliwość nie tylko pracy z chorymi, ale wykonywania prac naukowych z zakresu prób czynnościowych płuc, a moi koledzy dowcipnie nazywali mnie wiatrologiem. Pierwsza praca naukowa ukazała się w 1967 r. Łącznie ukazało się ich 138. Prace były publikowane w pismach specjalistycznych krajowych i zagranicznych.

 • We rześniu 1975 r. rozpoczął się nowy etap  Pana pracy zawodowej.

– Ten nowy etap został poprzedzony dość istotnymi innymi wydarzeniami. Ministerstwo zdrowia wysłało mnie na 4-miesięczne szkolenie u prof. Szmielowa w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc w Moskwie. W czasie cotygodniowych posiedzeń dochodziło tam do bardzo gorących, wręcz zażartych dyskusji naukowych, oczywiście z pominięciem jakichkolwiek tematów politycznych. Tam przekonałem się, że aby się przebić, należy dyskutować odważnie, a nawet ostro. Tę metodę zastosowałem z powodzeniem po powrocie na zjazdach krajowych. Na jednym z nich, po moim wystąpieniu, prof. Leonard Detloff z Zabrza zaproponował mi zrobienie pracy doktorskiej pod jego kierunkiem. Pracę obroniłem w 1972 r. w AM w Katowicach. Prof. Detloff stał się moim dobrym duchem, był jednym z recenzentów pracy habilitacyjnej, którą obroniłem w AM w Lublinie (w 1977 r.), a także wystąpił z wnioskiem o przyznanie tytułu profesora, który otrzymałem w 1989 r. Gdy Okręgowy Szpital Kolejowy w 1975 r. otwierał nowe oddziały, Akademia Medyczna proponowała zatrudnienie w nich lekarzy już z pewnym dorobkiem. Moimi pracami zainteresował się prof. Janusz Hanzlik, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i zaproponował moją osobę na ordynatora Oddziału Ftyzjopulmonologicznego. Po wygraniu konkursu zostałem ordynatorem tego oddziału i kieruję nim do chwili obecnej.

 • Ma Pan duże osiągnięcia nie tylko jako lekarz i naukowiec, ale również w działalności dydaktycznej.

– W sumie byłem kierownikiem specjalizacji z zakresu chorób płuc 16 lekarzy. Byłem także promotorem 3 prac doktorskich, recenzentem 15 doktoratów i 2 prac habilitacyjnych. Prowadziłem zajęcia dydaktyczne ze studentami Akademii Medycznej i lekarzami zatrudnionymi w kolejowej służbie zdrowia. Organizowałem również kilka konferencji naukowo-szkoleniowych. Przez wiele lat ściśle współpracowałem z Kliniką Chorób Płuc AM, kierowaną przez prof. prof. Helenę Mysakowską, Birutę Fąfrowicz oraz aktualnie, prof. Janusza Milanowskiego, którego pracę habilitacyjną recenzowałem i pisałem wniosek na tytuł profesora.

 • Za swoją długoletnią pracę zawodową i społeczną został Pan odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski , odznaką „Za wzorową pracę w Służbie Zdrowia”. Jednak przyznam, że duże zaciekawienie budzi odznaczenie – statuetka dr. Jana Dzierżona, która jest najwyższym odznaczeniem pszczelarskim.

– Moje hobby to pszczelarstwo, którym się nadal zajmuję, a także historia i podróże na nasze dawne Kresy. Z pszczelarstwem byłem związany od dzieciństwa. Pszczelarzami byli moi obaj dziadkowie, ojciec, a ja w 1980 r. wznowiłem rodzinne tradycje. Dr Jan Dzierżon (1811 – 1906) to znany duchowny i jeden z najwybitniejszych pszczelarzy ówczesnej Europy, który wykrył dzieworództwo u pszczół oraz, że z niezapłodnionych jaj wylęgają się trutnie. Statuetkę dr. J. Dzierżona otrzymują ludzie, którzy wnoszą znaczący wkład w pszczelarstwo – wzorowo prowadzą ule, prowadzą szkolenia, wykorzystują produkty pszczelarskie w medycynie. Moja działalność dotyczyła m.in. odczulania osób uczulonych na jad pszczeli, miałem pacjentów z różnych regionów Polski.

 • Zbliżają się wakacje i wiele osób obawia się pszczelich użądleń dla swoich dzieci i dla siebie.

– Przede wszystkim nawet najmłodszych dzieci nie należy trzymać pod kloszem. Dzięki naturalnym użądleniom w dzieciństwie nie reagują później tak burzliwie na jad pszczeli. Odczyn miejscowy nie jest groźny, ale ogólny wstrząs anafilaktyczny. Dlatego należy mieć w zasięgu ręki wapno, adrenalinę WZF w gotowych strzykawkach, podawaną podskórnie oraz celeston 4 mg w ampułkach, podawany domięśniowo lub dożylnie (steryd, dawka dla dzieci 0,02-0,125 mg/kg).

 • Media straszą, że pszczoły ostatnio masowo giną i może to mieć fatalne skutki dla ludzi, bo zaniknie szereg upraw niezbędnych do wyżywienia.

– Przed kilku laty w USA naukowcy rozpoznali ostry zespół nagłego ginięcia pszczół, który pojawił się następnie w Europie zachodniej, a w dalszej kolejności w Polsce. W 2010 r. w mojej pasiece padło 75% pszczół. Ten zespół chorobowy jest wieloskładnikowy. Jednym z nich jest warroza – choroba zakaźna wywołana przez pierwotniak, która bardzo niszczy pszczoły. Na szczęście, znaleziono lek przeciwko tej chorobie. Drugim składnikiem jest nosemoza, też choroba zakaźna, ale o łagodniejszym przebiegu, łatwiejsza w leczeniu. Duże szkody powodują też urządzenia przekaźnikowe, bo pszczoły tracą orientację. Mogę jednak pocieszyć, że podjęte działania lecznicze i profilaktyczne uratują pszczoły.

 

Dr Teresa Winnicka-Wrona

 

• Okres szkolny i studiów związany był z Lublinem.

– Szkołę wspominam bardzo sympatycznie, miałam bardzo dobrych nauczycieli. Moim ulubionym przedmiotem była chemia, ale jednak nie wyobrażałam sobie pracy w charakterze nauczycielki. Wybrałam medycynę, bo inne studia poza Lublinem były dla moich rodziców zbyt drogie, a poza tym nie chcieli się rozstawać ze swoją jedynaczką. Wybór zrobiłam podwójnie dobry, bo na medycynie poznałam swojego przyszłego męża, którego poślubiłam na IV roku studiów.

 

• Jako lekarz pracowała Pani 42 lata. Jak wspomina Pani swoją zawodową karierę?

– W czasie stażu w szpitalu w Łańcuchowie, po raz pierwszy spotkałam mojego przyszłego wieloletniego szefa, wówczas doktora, Mariana Durdę, który namawiał mnie do pracy w Wojewódzkiej Przychodni Przeciwgruźliczej. Jednak lęk mojej rodziny, że mając małe dziecko, będę pracowała w kontakcie z groźną chorobą zakaźną, spowodował, że podjęłam tam pracę dopiero po pewnym czasie. Okres pracy w tej przychodni, w latach 1972-1978, wspominam bardzo mile. W 1978 r. kolejny raz za namową prof. Durdy zmieniłam pracę, przechodząc na Oddział Ftyzjopulmonologiczny Okręgowego Szpitala Kolejowego na stanowisko asystenta, a po uzyskaniu specjalizacji II stopnia w zakresie medycyny kolejowej – starszego asystenta.

Kolejny okres pracy, w latach 1982-1985, był wielką przygodą mojego życia. Wraz z mężem i synem wyjechaliśmy na kontrakt do Libii. Było ciepło, świeciło słońce, kusiły kąpiele w morzu lub w basenie, sklepy były dobrze zaopatrzone – było po prostu pięknie. W tych latach pracowało tam ponad 60 polskich lekarzy, w tym 30 z samego Lublina. Na dwóch oddziałach gruźlicy i chorób płuc było tylko dwoje lekarzy. Mój kolega Hindus był bardzo sympatyczny, ale raczej markował pracę, osłuchiwał pacjentów przez ubranie, a wkrótce wyjechał i zostałam zupełnie sama. Praca w Libii dawała dużą satysfakcję, pacjenci byli wprost szczęśliwi, że lekarz z nimi rozmawia, starannie bada i jak może pomaga. Po powrocie do kraju wróciłam na nasz oddział i pracowałam tam do końca ubiegłego roku. Praca była bardzo ciężka (5-6 dyżurów w miesiącu), ale atmosfera w naszym zespole była wręcz rodzinna, w czym dużą zasługę ma nasz szef, prof. Marian Durda.

 

• W uzasadnieniu wniosku o odznaczenie Laurem Medycznym współpracownicy napisali: „Odznacza się koleżeńskością, troszczy się i pielęgnuje groby zmarłych koleżanek i kolegów”.

– Chodzimy na pogrzeby naszych kolegów, aby ich pożegnać, kiedy odchodzą. Na ul. Lipowej mam grób rodziców, chodzę tam często, idę również do tych swoich znajomych, którzy odeszli. Tych grobów jest dużo i przybywa ich coraz więcej W naszym szpitalu był taki zwyczaj, że jak zachorował lekarz czy pielęgniarka, a była taka potrzeba, odwiedzaliśmy ich w domu. Pamiętajmy, że życzliwość okazana pacjentom to też terapia. Wspomnę też o mojej działalności w samorządzie; byłam delegatem na Okręgowy Zjazd Lekarzy w 1. i 3. kadencji.

 

• Czy medycyna w rodzinie staje się tradycją?

– Na to wygląda. To my z mężem rozpoczęliśmy tę tradycję. Mąż Andrzej jest torakochirurgiem, pracował w Klinice w PSK 4, obecnie jest na emeryturze. Syn Wojciech został ginekologiem i pracuje w II Klinice Ginekologicznej w PSK 4. Synowa Agata Żuchnik-Wrona jest laryngologiem i, co zawsze z dumą podkreślam, serdecznym, ciepłym lekarzem, a w dodatku ładną kobietą. Wnuczka – Katarzyna ma 18 lat i zaczyna przebąkiwać o medycynie.

 

• Przeszła Pani na emeryturę i…

– Wstajemy później, bo nie musimy się zrywać do pracy. Jemy spokojnie śniadanie, czytamy gazety, oglądamy, co się dzieje na świecie. Mam wreszcie więcej czasu na ulubione lektury o różnej tematyce. Lubimy jeździć na wycieczki, ostatnio byliśmy w Ziemi Świętej – to ogromne przeżycie. Niestety, boję się latać samolotem, co ogranicza zasięg moich podróży.

Dr Elżbieta Ziemecka–Rakowska

 

• Jak Pani wspomina okres studiów na Wydziale Lekarskim w Lublinie?

– Uważam, że przede wszystkim należy wspomnieć naszych profesorów, wysokiej klasy naukowców, m.in. prof. prof. Tadeusza Jacynę-Onyszkiewicza, Feliksa Skubiszewskiego, Mieczysława Kaczyńskiego, Wiktora Steina. To wszystko byli ludzie, z którymi sam bezpośredni kontakt dawał dużą satysfakcję. Jako ostatni zdawałam egzamin z psychiatrii u prof. Mieczysława Kaczyńskiego. Po egzaminie, Pan Profesor podszedł do mnie, podał mi rękę i powiedział: „To już jest Pani naszą koleżanką”. Miałam też bardzo miłe koleżeńskie kontakty na studiach, bo z mojej klasy z gimnazjum poszło na medycynę aż 6 koleżanek.

 

• Blaski i cienie 41-letniego okresu pracy zawodowej.

– Po skończeniu stażu czekałam na pracę zgodnie z moimi oczekiwaniami. Pracę na oddziale noworodków odradzono mi – bo to praca dość monotonna, ale może być również bardzo niebezpieczna. Wybrałam wobec tego pracę w Wojewódzkiej Przychodni Przeciwgruźliczej przy ul Sławińskiego (obecnie Niecała), którą kierował wówczas dr Władysław Kwit. W budynku tym była nie tylko przychodnia, ale i nieduży oddział szpitalny. Można było się tam dużo nauczyć, bo pacjenci trafiali z całego makroregionu, a na konsultacje przychodzili m.in. tak świetni fachowcy: jak prof. prof. L. Smajkiewicz, Z. Papliński czy dr S. Grodzki. Tam zaczęła się moja współpraca z dr. Marianem Durdą, który kierował wówczas pracownią badań czynnościowych. Po wygraniu konkursu na ordynatora Oddziału Ftyzjopulmonologicznego Okręgowego Szpitala Kolejowego prof. Durda zaproponował mi tam dalszą współpracę. Trwała ona długo, od 1.09.1975 r. do 31.05.2009 r., czyli do przejścia na emeryturę. W tym czasie zdobyłam specjalizację II stopnia z zakresu chorób płuc, uzyskałam dyplom doktora nauk medycznych w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie, a w szpitalu zostałam zastępcą ordynatora oddziału.

 

• Była Pani nie tylko lekarze praktykiem, ale również dydaktykiem i naukowcem.

– Prowadziłam ćwiczenia z zakresu pulmonologii dla studentów Wydziału Stomatologii i Wydziału Lekarskiego AM w Lublinie. Byłam kierownikiem specjalizacji z zakresu chorób płuc kilku lekarzy z terenu województwa lubelskiego i podkarpackiego. Jestem autorem i współautorem 61 prac. Prof. Marian Durda wraz ze współpracownikami zajął się jako jeden z pierwszych w dość szerokim zakresie przewlekłą obturacyjną chorobą płuc. Jednak na naszym oddziale leczyliśmy również pacjentów z gruźlicą, nowotworami płuc, astmą oskrzelową.

 

• Pani współpracownicy we wniosku o przyznanie Dyplomu Laur Medyczny napisali m.in.: „Swoją wzorową postawą etyczną, koleżeńskością i wiedzą oddziaływała bardzo pozytywnie na młodszych lekarzy, stażystów, studentów, współpracowników, w tym również na personel pielęgniarski i niższy personel medyczny”.

– Trudno mi komentować tę opinię, mogę tylko powiedzieć, że jest mi niezmiernie miło i serdecznie dziękuję koleżankom i kolegom za tak życzliwą ocenę. Cieszę się, że moja praca została dostrzeżona, co znalazło m.in. wyraz w przyznaniu Srebrnego Krzyża Zasługi, a następnie Złotego Krzyża Zasługi. Cenię sobie również fakt że byłam wybrana przez współpracowników na delegata na Okręgowy Zjazd Lekarzy IV kadencji w latach 2001-2005.

 

• Medyczne (i nie tylko) tradycje rodzinne.

– Mój pradziadek i dziadek byli lekarzami. Ojciec, Stanisław był studentem Wydziału Lekarskiego przez dwa lata. Następnie doszedł do wniosku, że jego prawdziwym powołaniem jest fizyka. Zrobił słusznie – był organizatorem i kierownikiem Zakładu Fizyki na UMCS i Akademii Medycznej w Lublinie, a następnie pierwszym rektorem Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Lublinie, przekształconej następnie w Politechnikę Lubelską. Mąż – Marek jest elektronikiem, nasi synowie, Grzegorz i Adam wybrali informatykę.