Kongo. Tam zawsze czekają na pomoc

MEDICUS 5/2011

Kongo. Tam zawsze czekają na pomoc

z dr. n. med. Stefanem Ciszewskim, chirurgiem z Lublina rozmawia Anna Augustowska

  

• Wiem, że to pytanie wzbudzi w Panu uśmiech, ale nie mogę nie zapytać: Po co jeździ Pan leczyć najuboższych mieszkańców Afryki, skoro mógłby Pan wieść spokojne życie europejskiego emeryta?

– Odpowiedź może być tylko jedna: bo jestem zarażony tym kontynentem, jego powietrzem, kolorami, widokami i ludźmi. Bo uważam, że jestem coś winny innym, że jestem potrzebny słabszym i chcę, póki mi na to pozwala zdrowie, dzielić się swoją wiedzą i umiejętnościami. W końcu mam za sobą 40 lat pracy chirurga i szkoda by było tak to odwiesić na kołku. Poza tym cieszy mnie to, że mogę pomagać.

Kiedy kilka lat temu zdecydowałem się wyjechać do Marany na Madagaskarze do ośrodka dla chorych na trąd (założonego zresztą przez polskiego zakonnika ojca Jana Beyzyma), nie wiedziałem jeszcze, że będę wracał do takiej działalności.

A jednak! Kiedy zgłosiły się do mnie zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów z podwarszawskiego Konstancina z pytaniem, czy nie pojechałbym pomagać chorym w założonym przez nie ośrodku misyjnym w Demokratycznej Republice Konga, nie zastanawiałem się długo. I tak w styczniu tego roku wylądowałem w samym sercu Afryki, w jednym z największych państw tego kontynentu. Kongo ma ponad 2 mln kilometrów kwadratowych powierzchni! Jest dziewięć razy większe niż Polska. Mieszka tam ponad 60 mln ludzi! A leczy ich zaledwie 2160 lekarzy. Większość działa zresztą w dużych miastach, w szpitalach dla bogatych, zdolnych opłacić swoje leczenie.

Ośrodek, w którym miałem pracować, mieści się w małej, położonej na wschodzie kraju, ukrytej w buszu wiosce o nazwie Ntamupengi, która leży przy granicy z Rwandą – krajem spustoszonym przez ludobójcze walki, jakie toczyły ze sobą plemiona Tutsi i Hutu. To także rejon, gdzie znajdują się największe na świecie kopalnie kobaltu, a także diamentów.

 

• Co nie oznacza, że ludność ma pracę i dobrze jej się powodzi?

– Niestety, nie! Bieda, analfabetyzm, bezrobocie i co tu kryć powszechne prawo silniejszego jest codziennością tych ludzi. Prawdziwe prawo buszu! W prymitywnych chatach, w jakich żyją ludzie z okolic ośrodka misyjnego, niemal każdy ma kałasznikowa. Od początku ostrzegano mnie, abym po zachodzie słońca nie wychodził na zewnątrz, nie spacerował po okolicy. Nie kusiłem więc losu – zresztą z nastaniem ciemności życie w całej okolicy zamiera. Dla mnie nie było to łatwe, bo ciemność dosłownie spada tu na ziemię już o godz. 18! Nie ma prądu, nie mówiąc o radiu, telewizji czy internecie. Trzeba czekać na wschód słońca o godz. 6 rano, bo w panującym upale trudno spać. W dzień temperatura w cieniu dochodziła do 42 stopni C!

 

• A jak wygląda „szpital” w Ntamupengi?

– W niskich, zbudowanych w systemie pawilonowym budynkach ośrodka misyjnego, w którym działa też szkoła, wydzielono kilka pomieszczeń, gdzie znajduje się rejestracja, sala zabiegowa, laboratorium i apteka oraz oddziały łóżkowe: dziecięcy, położniczy, ogólny i chirurgiczny. Swoją pomocą szpital obejmuje mniej więcej obszar zamieszkany przez 20 tysięcy ludzi. Kiedy przyjechałem, w ośrodku pracował jeden świeżo upieczony lekarz – tubylec – Desire, który dosłownie kilka miesięcy wcześniej uzyskał dyplom lekarza na uniwersytecie w stolicy Konga, Kinszasie. Drugi lekarz, z kilkuletnią praktyką w tym czasie już nie pracował, bowiem miał zamiar wyjechać do dużego miasta (Goma). Desire do pomocy miał więc pielęgniarza Gastona, który m.in. zajmował się znieczulaniem pacjentek zakwalifikowanych do cesarskiego cięcia (znieczulenie nadoponowe). Bardzo zgrabnie mu to szło. Wiem co mówię, bo nigdy w życiu nie wykonywałem cięć cesarskich, a w Ntamupengi zrobiłem ich kilkanaście. Do wszystkich znieczulał – robiąc wkłucie do kręgosłupa – właśnie Gaston.

 

• Jakie najczęściej przypadki trafiały do szpitala?

– Mogę powiedzieć, że chyba wszystkie możliwe schorzenia, ale tylko część mogliśmy skutecznie leczyć. Obok „zwyczajnych” wyrostków, przepuklin, torbieli jajników i wodniaków jąder, które operowaliśmy, a raczej pod moją opieką te zabiegi wykonywał Desire, bo dla mnie najważniejsze było nauczyć tego młodego i pełnego zapału lekarza jak najwięcej ze sztuki chirurgii – trafiały się przypadki, w których niewiele mogliśmy zdziałać. Bo co poza wycięciem mogłem zaordynować kobietom, które od lat nosiły wielkie jak pomarańcze guzy piersi? O chemio- i radioterapii tam się nawet nie marzy. Niewiele można też pomóc chorym na AIDS, a także chorym z gruźlicą, która tam szaleje, a szpital nie ma nawet najprostszego aparatu rtg, aby wykonać proste zdjęcie płuc! No i niestety przychodziło wielu chorych z ogromnymi wolami tarczycy – im też nie mogłem pomóc, bo szpital nie ma koniecznej do znieczulenia aparatury.

 

• Najbardziej dramatyczny moment?

– Kiedy w nocy wezwano mnie do kobiety z krwotokiem macicy na skutek jej pęknięcia w trakcie porodu. Dobiegłem, kiedy Desire wydobył już dziecko, ale nie mógł sobie poradzić z masywnym krwotokiem. Uznałem, myśląc po europejsku, że jakąś szansą na życie dla tej kobiety jest jak najszybsze usunięcie całej macicy. Ale stanowczo wtedy zaprotestował Desire: „O tym może zdecydować tylko mąż tej kobiety. My musimy zszyć macicę bez względu na wszystko”. I tak się stało. Mąż był daleko. W grę wchodziły jakieś lokalne zwyczaje. Być kobietą bez macicy to chyba gorzej niż umrzeć…

O dziwo, ta nasza pacjentka przeżyła! Ciągle się zastanawiam, jak to możliwe, ale wyszła razem z dzieckiem i mam nadzieję, że dobrze się czuje do dziś.

 

• Czy takie kilkumiesięczne wizyty lekarzy np. z Europy mają sens?

– Mają, o ile nie ograniczają się do wykonania iluś tam operacji czy innych zabiegów leczniczych. Ja czuję się spełniony, bo wiem, że bardzo wiele nauczyłem Desire. On jest „ich” i będzie leczył swoich ziomków najlepiej jak potrafi, nawet jak nie będzie obok żadnych bardziej doświadczonych lekarzy. Najważniejsze, że zdobył praktyczną wiedzę, tym bardziej, że jest bardzo zdolnym lekarzem. Teraz najbardziej chciałbym im pomóc, zawożąc do misji prosty sprzęt diagnostyczny: przenośny aparat rentgenowski, aparat usg, gastroskop, inkubator dla noworodków, a nawet wenflony.

 

• To może być używany sprzęt?

– Oczywiście – lepszy taki niż żaden. Polskie szpitale, ale także gabinety i poradnie specjalistyczne co jakiś czas wymieniają taki sprzęt, gdyby to było możliwe, w każdej chwili jestem gotowy zawieźć taką aparaturę i nauczyć jej obsługi. Bo co tu kryć, już tęsknię za Afryką i czuję potrzebę, aby tam wrócić. Ludzi, którym polscy lekarze mogliby tam pomagać, nigdy nie zabraknie. Wiem, że warto podjąć ten trud. Dla mnie to staje się stylem życia.

Demokratyczna Republika Konga, była kolonia belgijska, w ciągu ostatnich ponad 45 lat doświadczyła autokratycznych rządów, ekonomicznej niegospodarności i dwóch następujących po sobie wojen. W ostatni konflikt zbrojny zaangażowane były wojska sześciu państw, które 10 lipca 1999 roku w Lusace podpisały porozumienie rozjemcze. Konflikt w Demokratycznej Republice Konga od 1998 roku pochłonął prawie 4 miliony ludzkich istnień. W najbardziej tragicznej sytuacji znajdują się dzieci. Co piąte nie dożywa wieku 5 lat, połowa dzieci pomiędzy 6 a 11 rokiem życia nie uczęszcza do szkoły, a co trzecie jest niedożywione. Uważa się, że co dziesiąte dziecko straciło jednego lub oboje rodziców w szerzącej się pandemii AIDS. Tysiące dzieci zostało wcielonych w szeregi uzbrojonych grup lub padło ofiarami łamania praw człowieka, w tym morderstw i gwałtów.

 

(na podstawie informacji ośrodka ONZ w Warszawie)

Dr n. med. Stefan Ciszewski jest absolwentem lubelskiej AM (dyplom 1965 r.); specjalista chirurgii ogólnej. Pracował w II Klinice Chirurgii; pełnił funkcję ordynatora jednego z oddziałów kliniki, a w 1990 roku objął stanowisko ordynatora chirurgii szpitala MSWiA w Lublinie, a następnie dyrektora tego szpitala. W 2001 roku był dyrektorem Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Kardynała Wyszyńskiego w Lublinie.

sciszewski@wp.pl