Uwielbiam się wspinać

Uwielbiam się wspinać

z dr. hab. Krzysztofem Giannopoulosem z Katedry i Zakładu Immunologii Klinicznej UM w Lublinie rozmawia Anna Augustowska

 

• Bardzo rozbawiło pana określenie „młody geniusz”.

– Nie lubię tego określenia. Uważam się za osobę dobrze zorganizowaną, umiejącą planować i obdarzoną pasją do tego, czym się zajmuję, czyli do hematoonkologii, a dokładniej do badań nad immunologią nowotworów. No i pracowitą. O moim sukcesie w ogromnym stopniu zdecydował też szczęśliwy zbieg okoliczności, przede wszystkim to, że już na początku mojej drogi znalazłem się w jednym z najlepszych na świecie ośrodków naukowych – w zespole prof. Hartmuta Döhnera w Uniwersytecie w Ulm w Niemczech.

Spędzone tam lata dały mi napęd i utwierdziły w mojej pasji badawczej.

• Strasznie pan skromny. Przypomnę więc, że ma pan 33 lata, jest po habilitacji, a w dorobku ma liczne stypendia i wyróżnienia dla młodych naukowców. Wyliczę tylko dwa ostatnie, które otrzymał pan w październiku od Fundacji Polityki, która od 10 lat w akcji „Zostańcie z nami” nagradza młodych, wybitnych naukowców i nagrodę przyznaną panu na XXXIII międzynarodowym zjeździe hematologów w Jerozolimie dla najlepszego młodego naukowca. Chyba są to powody do dumy?

– Ogromnie się cieszę, to jasne. Dobrze wiedzieć, że moje wysiłki są doceniane nie tylko w kraju, ale również za granicą, ale to także dowód dla innych młodych badaczy, że warto się starać i warto być odważnym w swoich zamierzeniach. Takie nagrody i wyróżnienia są doskonałym dopingiem i bardzo mobilizują do dalszej pracy. Mają też konkretny wymiar materialny, co jest niezwykle ważne, bo prowadzenie badań, którymi się zajmuję, jest bardzo kosztowne. Bez wsparcia, jakie otrzymałem 2 lata temu z ministerstwa nauki – stypendium dla wybitnych młodych naukowców czy teraz z „Polityki”, nie mógłbym marzyć o spokojnej pracy naukowej.

Osobiście najbardziej jestem dumny z grantu, jaki dwa lata temu dostałem z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, z programu Focus. Przyznano mi wtedy, jako jednemu z pięciu laureatów w Polsce, grant na tworzenie młodego zespołu naukowego w dziedzinie onkologii – 650 tys. zł na aparaturę i sprzęt do badań, a także 300 tys. zł dla mojego zespołu.

Te pieniądze pozwoliły mi na zakup odczynników niezbędnych do prowadzenia doświadczeń, kontynuowanie współpracy zagranicznej oraz ustanowienie stypendiów dla osób współpracujących ze mną.

• Od dziecka był pan tak zdolny, kreatywny i nagradzany?

– No, na początku to raczej byłem strasznym rozrabiaką, miewałem szalone pomysły nie zawsze zbyt mądre, ale nigdy nie miałem kłopotów z nauką, chociaż zdecydowanie bardziej wolałem przedmioty ścisłe niż humanistyczne. W liceum – lubelskie LO im. Staszica – wybrałem klasę menadżerską, bo chciałem studiować ekonomię. Ale po trzech latach już wiedziałem, że to nie dla mnie. Wtedy pomyślałem o medycynie. Uznałem, że to szansa na rozwinięcie wielu możliwości. Na rok przed maturą zabrałem się ostro do nauki biologii i udało się. W czasie studiów nie rozczarowałem się, nie chciałem ich zmieniać.

– Czy hematologię wybrał pan, bo była panu od początku bliższa niż inne dziedziny medycyny?

– Nie do końca. Na studiach byłem współzałożycielem kółka anestezjologicznego (pierwszą pracę naukową, jaką się zajmowaliśmy, było badanie zmian ciśnienia w mankiecie uszczelniającym rurkę inkubacyjną oraz ocena ryzyka uszkodzenia brotraumatycznego w czasie operacji). Miałem też, jak każdy student medycyny, okres marzeń o chirurgii.

Na piątym roku wyjechałem na staż do szpitala Hammersmith w Londynie, gdzie na hematologii trwały właśnie pasjonujące badania nad imatynibem (Glivec, Gleevec). Ten lek miał wkrótce zrewolucjonizować metody leczenia białaczek. Strasznie mnie to zafascynowało.

Po studiach stażowałem w szpitalu przy al. Kraśnickiej i otworzyłem przewód doktorski u prof. Jacka Rolińskiego, kierownika Zakładu Immunologii w Lublinie. To właśnie prof. Roliński skontaktował mnie z prof. Michaelem Schmittem i umożliwił wyjazd do Niemiec do Uniwersytetu w Ulm. Przed wyjazdem zacząłem myśleć o specjalizacji z chorób wewnętrznych i później o kardiologii, znalazłem się nawet na wolontariacie w Klinice Kardiologii PSK 4. Nie zostałem tam jednak długo, bo po 3-4 miesiącach wyjechałem do Ulm. Dostałem stypendia, które przez dwa lata pozwoliły mi tam żyć i prowadzić badania w Zakładzie Immunologii Nowotworów przy III Oddziale Chorób Wewnętrznych. Początkowo byłem finansowany w ramach stypendium rządu niemieckiego DAAD dla młodych naukowców, a następnie w ramach katolickiego stypendium naukowego KAAD. Pracowałem w młodym, bardzo dynamicznym zespole, zajmującym się badaniami nad tzw. szczepionką przeciwnowotworową.

W 2005 roku obroniłem pracę doktorską napisaną po angielsku pt.: mRNA expression of tumor associated antigens in patients with chronic lymphocytic leukemia. Po otrzymaniu pozytywnych recenzji od prof. Michaela Schmitta, prof. Stephana Stilgenbauera, prof. Herberta Riechelmanna i prof. Donalda Bunjesa oraz obronie w języku niemieckim otrzymałem tytuł doktora nauk medycznych na Uniwersytecie w Ulm z oceną magna cum laude. Poza doświadczeniami praktykowałem też jako lekarz w III Oddziale Chorób Wewnętrznych, zajmującym się głównie chorobami hematologicznymi i to chyba ostatecznie zadecydowało o skierowaniu się w stronę tej dziedziny.

• I zdobył pan specjalizację z chorób wewnętrznych?

– Tak, egzamin specjalizacyjny zdałem kilka miesięcy temu. To bardzo szeroka dziedzina wiedzy, która otwiera chyba największe możliwości rozwoju. Przede wszystkim mogę zajmować się tym, co najbardziej mnie pociąga – immunologią i szukaniem takich sposób leczenia nowotworów hematologicznych, aby nowe leki, szczepionki, pozwalały w przyszłośćci ujarzmić rozwój komórek nowotworowych i na tyle je kontrolować, aby choroby nowotworowe były chorobami przewlekłymi, z którymi pacjenci będą mogli żyć.

• Teraz jest pan adiunktem w Katedrze i Zakładzie Immunologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego Lublinie, gdzie pracuje pan z bardzo młodymi osobami (w większości to pańscy magistranci). Czym się zajmujecie?

– Szukamy nowych metod immunoterapii nowotworów oraz zajmujemy się charakterystyką zaburzeń molekularnych w hematoonkologii. W ramach tworzonej Samodzielnej Pracowni Hematoonkologii Doświadczalnej realizujemy kilka projektów finansowanych przez ­Fundację na rzecz Nauki Polskiej, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz fundusze unijne.

• Co pan odpowiada dzieciom– lat 6 i 3 – kiedy pytają, czym się pan zajmuje w pracy?

– To zależy od okresu. Gdy więcej czasu pracuję w klinice hematologii, gdzie zajmuję się pacjentami – bo nie wyobrażam sobie, abym nie miał kontaktu z pacjentami – to odpowiadam, że pomagam chorym, a gdy poświęcam się pracy badawczej i dydaktycznej – to odpowiadam, że pracuję w laboratorium lub, że uczę studentów. Chociaż dzieci i tak mówią, że taty praca polega na siedzeniu przed komputerem, bo to najczęstszy widok w domu.

• Niemal wszyscy dziwią się, że tak młody zdolny naukowiec pracuje i mieszka w Lublinie. Nie ciągnęło pana, aby wyjechać do np. Ulm i tam realizować swoje marzenia?

– Szczerze? Gdybym nie miał rodziny, pewnie bym był gdzieś w świecie i do Lublina przyjeżdżał tylko z wizytą. Ale oboje z żoną chcemy nasze dzieci wychować w kraju, chcemy, aby miały bliskie kontakty z rodziną i tu skończyły szkołę. Poza tym, jak widać, w dzisiejszych czasach sukces w nauce można odnieść także pracując w mniejszych ośrodkach. Bo poza talentem, łutem szczęścia i pasją potrzebna jest ogromna praca i ciągła mobilizacja, a o środki finansowe na badania trzeba i można zabiegać z każdego zakątka świata. Tylko trzeba to robić systematycznie, nikt nawet najzdolniejszym niczego nie przyniesie na talerzu.

• Poza pracą ma pan ciekawą pasję – bouldering. Starczy czasu, aby jeździć w skałki?

– Z czasem coraz gorzej i, niestety, wspinanie staje się coraz bardziej marzeniem, ale nie poddaję się i jak tylko mam wolną chwilę, całą rodziną pędzimy na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Dzieciaki biegają, ja się wspinam. a żona mi kibicuje.