Jestem zachłanny na życie

Jestem zachłanny na życie

z prof. Jerzym Woy-Wojciechowskim, znakomitym lekarzem, kompozytorem, działaczem samorządowym, odznaczonym Medalem Lubelskiej Izby Lekarskiej
rozmawia Jerzy Jakubowicz

 

 

• Ma pan tak szerokie zainteresowania, że samo ciśnie się porównanie do człowieka renesansu.

– To zbyt łaskawe stwierdzenie. Jestem, jak ktoś kiedyś napisał –„zachłanny na życie”. Wszystko chciałbym zrobić, osiagnąć, co zaplanowałem, co wymarzyłem, co chciałem zwiedzić, przeczytać, ale życie nieraz mnie uczyło, że to jest niemożliwe. Jednak starałem się przede wszystkim nigdy nie zaniedbywać mojej pierwszej miłości – medycyny. A co do człowieka renesansu… Znany satyryk i pisarz – Marcin Wolski, do którego tekstów napisałem blisko 100 piosenek dla magazynu „60 minut na godzinę” zwykł był mawiać: – Ten Woy to jest prawdziwy człowiek renesansu. Po polsku – odrodzenia. Wszystko od rodzenia go interesuje.

 

• Która specjalizacja dała panu większą satysfakcję – ortopedia czy medycyna nuklearna?

– Ortopedą zostałem trochę z przypadku. Po studiach wzięto mnie na dwa lata do zaszczytnej służby w Wojsku Polskim. Na komisji dla poborowych oświadczyłem, że interesuje mnie tylko ftyzjatria, będąc pewnym, że w wojsku nie ma ludzi chorych na gruźlicę. W efekcie przepracowałem 2 lata w sanatoriach przeciwgruźliczych w Kościelisku i w Otwocku. Mimo że proponowano mi awans na stopień kapitana i 3 razy wyższą pensję – wybrałem wolność. W tym czasie moi koledzy już byli w trakcie specjalizacji, doktoratów, a ja o etacie za tę trzykrotnie niższą pensję mogłem tylko marzyć. Wtedy przypomniałem sobie, że kiedyś, prof. Adam Gruca, po egzaminie z ortopedii, zdanym przeze mnie na bardzo dobrze, zaproponował mi pracę. Dotrzymał słowa i przyjął mnie do kliniki. Dotąd ówcześni moi pacjenci mnie pamiętają, śląc pozdrowienia. Jednak większe znaczenie odegrała w mym życiu moja druga specjalność. Byłem piątym lekarzem w kraju, który uzyskał specjalizację z medycyny nuklearnej, a pierwszym, który wdrożył izotopowe badania układu kostnego i który wykonywał scyntygrafię kości związkami znakowanymi technetem–99m.

 

• Jak z perspektywy lat ocenia pan rozwój polskiej i światowej medycyny?

– Twierdzę, że rozwój diagnostyki, terapii i nauk medycznych jest coraz szybszy i postępuje w trybie geometrycznym. To w połowie XIX wieku wprowadzono znieczulenie ogólne chloroformem i eterem, w drugiej jego połowie Ludwik Pasteur odkrył bakterie i rozpoczął szczepienia, a do sal chirurgicznych wkroczyła antyseptyka i aseptyka. To na 5 lat przed XX w. Roentgen odkrył promienie X, a nasza rodaczka Maria Skłodowska-Curie dała światu polon i rad. To w 1899 r. wyprodukowano pierwszą tabletkę aspiryny. Wreszcie XX wiek to narodziny insulinoterapii, zapoczątkowana przez Fleminga era antybiotykoterapii, w końcu wprowadzenie dializoterapii, ultrasonografii. Medycyna nuklearna, której się poświęciłem, nie istniała w czasie mych studiów! A rozwój w latach 60. transplantologii, w 70. wprowadzenie do diagnostyki tomografii komputerowej, w 80. rezonansu magnetycznego, w 90. chirurgii laparoskopowej, a rozwój kardiologii zabiegowej… To wszystko jest nadzwyczajne, tak jak wiadomość przekazana światu 26 czerwca 2000 r., że genom ludzki jest w 95% poznany! Nic dziwnego, że przy takim postępie medycyny średnia długość życia kobiet, z 45 lat w połowie XIX w. wzrosła w wielu krajach prawie dwukrotnie. Mężczyźni z szacunku dla pań żyją zwykle krócej. 

 

• W 2004 r. otrzymał pan tytuł Konsyliarza Roku – to wielkie wyróżnienie dla każdego lekarza.

– Jestem spod znaku Lwa, a więc trochę próżny. Bardzo się cieszyłem, że go otrzymałem, a później znalazłem się wśród Konsyliarzy Roku w gronie tak wybitnych profesorów jak Henryk Skarżyński czy Zbigniew Religa.

 

• Nie ominęły pana też inne honory.

– Wielką radość dała mi honorowa nagroda przyznana mi przed laty przez ludzi niepełnosprawnych „Człowiek człowiekowi”. Statuetka Prometeusza niosącego światło stała zawsze na moim biurku w szpitalu. Cieszyłem się nagrodą im. Alfreda Jurzykowskiego za zasługi we wdrażaniu badań izotopowych kości, którą otrzymałem w Nowym Jorku. Dumny byłem, gdy uzyskałem w 1990 r. najwyższe odznaczenie PTL Medal „Gloria Medicinae”. Byłem też zaszczycony Złotym Medalem Polskiej Akademii Sukcesu, a zwłaszcza uhonorowaniem mnie w 2009 r. w katedrze we Włocławku Krzyżem Wielkim Orderu Św. Stanisława. Takie wyróżnienia to i satysfakcja, i radość, że moja praca jest doceniana i potrzebna. Wśród wielu dyplomów uznania, które otrzymałem, dwa są dla mnie bardzo ważne. Jeden zawiera gratulacje za „dar talentu”, podpisany w 1981 r. przez Lecha Wałęsę, a drugi – szczególnie mi bliski – otrzymałem z rąk kardynała Karola Wojtyły, poźniejszego Ojca Świętego, Jana Pawła II na Sacrosongu we Wrocławiu, za muzykę pieśni, która w śpiewnikach kościelnych ma tytuł „Wśród licznych dróg człowieczych”. Teraz czuję się niezwykle zaszczycony z honoru, jaki mnie spotyka w postaci tak wielkiego wyróżnienia, przyznanego mi przez Kapitułę Lubelskiej Izby Lekarskiej.

 

• Pana działalność jako wieloletniego prezesa Polskiego Towarzystwa Lekarskiego stała się wprost legendarna.

– Staram się wykonywać wszystko, także w działalności społecznej, z pełnym zaangażowaniem. Już Konfucjusz powiedział, że gdy się kocha swą pracę, to człowiek nie odczuwa, że pracuje. Mój ojciec, skromny stomatolog z małego miasteczka – Kleczewa, który wychował troje dzieci na lekarzy, powtarzał mi: – Nie musisz być wybitnym specjalistą. Badź dobrym lekarzem, dobrym człowiekiem. A być lekarzem to znaczy mieć i zawód, i powołanie, i służyć drugiemu człowiekowi zgodnie z etyką i najlepszą wiedzą dzień i noc, przez wszystkie miesiące i lata, od chwili złożenia przysięgi po kres życia.

Prawie od początku mej pracy lekarskiej jestem członkiem Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. Rodowód PTL sięga początków XIX w. i wywodzi się z takich towarzystw jak Towarzystwo Lekarskie Wileńskie (1805), Warszawskie (1820), Krakowskie (1866) czy Lwowskie (1901). Także Lubelskie Towarzystwo Lekarskie, powstałe w 1874 r. ma piękne tradycje. Dzięki staraniom profesorów Tadeusza Koszarowskiego, Józefa Towpika i dr Ireny Pronaszko-Rzepeckiej, władze PRL zgodziły się na utworzenie Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, mając nadzieję, że uda się je kontrolować. PTL nigdy nie podporządkowało się naciskom politycznym w czasach PRL, ale dało schronienie tym regionalnym towarzystwom, które władze skazały – podobnie jak izby lekarskie – na unicestwienie. Paradoksalnie, decyzje władz PRL przyczyniły się do powstania pierwszego w dziejach polskiej medycyny ogólnopolskiego stowarzyszenia lekarzy. Bardzo żałuję, że tak szacowny i zasłużony Oddział Lubelski PTL jest od kilku lat w hibernacji.

Praca w PTL daje mi wiele satysfakcji. Gdy w 1987 r. wybrano mnie w tajnym głosowaniu na prezesa PTL, złożyłem 3 zobowiązania. Primo – ożywić pracę w kraju, secundo – nawiązać kontakt z polskimi lekarzami z zagranicy oraz tertio – uczynić wszystko, by odrodziły się izby lekarskie. To ostatnie zobowiązanie sala przyjęła huraganem śmiechu. Tyle już było daremnych prób…

Jeśli chodzi o pracę w kraju, to m.in. udało mi się zrealizować ideę dr. Kazimierza Fritza, dotyczącą budowy Domu Lekarza Seniora. Powstał i działa już 20 lat, dając schronienie blisko 120 naszym sędziwym kolegom. Jeśli chodzi o kontakty z polonijnymi lekarzami, to w latach supremacji sowieckiej, na pięciu międzynarodowych zjazdach PTL, byli tylko lekarze z krajów zachodnich. VI zjazd odbył się w Częstochowie, już w wolnej Polsce. Nazwaliśmy go I Światowym Kongresem Polonii Medycznej. Tym razem, po raz pierwszy, przybyło blisko tysiąc polskich lekarzy z Kresów, Ukrainy, Rosji, Armenii, a nawet Kazachstanu. Drugi kongres organizowaliśmy już wspólnie z izbą lekarską. A na trzeci… izba nas nie zaprosiła. Od kilku lat znów działamy razem i w tym roku, w Toruniu, odbędzie się już VII Kongres. I trzecie zobowiązanie. W 2 lata po objęciu przeze mnie prezesury, nasze wieloletnie starania o reaktywację izb lekarskich odniosły sukces. PTL, którego radcą był znakomity prawnik Witold Preiss, na mój wniosek zaprosiło do pobliskiego Klubu Lekarza w Al. Ujazdowskich 24 wszystkich posłów lekarzy. W oparciu o 21 wcześniej odrzuconych projektów ustawy, powstał 22-gi, który był projektem… poselskim. I tak, w maju 1989 r. wysłuchałem w sejmie ze wzruszeniem, że wreszcie mamy izby. Sukces ma wielu ojców, ale to PTL organizowało przez lata dziesiątki konferencji na temat samorządu lekarskiego, to my zaproponowaliśmy na sekretarza Komitetu Organizacyjnego izb prof. T. Chruściela, to z naszego grona wyszło wielu aktywnie działających przywodców izb.

 

• Od lat propaguje pan promocję zdrowia i profilaktykę.

– Zawsze starałem się propagować profilaktykę i zdrowy styl życia. Miałem honor pracować w czasie prezydentury Lecha Wałęsy w Radzie Zdrowia w dziale profilaktyki (nota bene wraz z moim przyjacielem, lubelskim profesorem Kazimierzem Klamutem) oraz w Komisji Profilaktyki przy Ministrze Zdrowia. Napisałem około 700 popularnych artykułów o zdrowym stylu życia oraz wydałem książkę „Poczytanki zdrowotne”, w której namawiam do interesowania się własnym zdrowiem. Napisałem wreszcie piosenkę do tekstu Agnieszki Osieckiej – „Tylko nie pal”, którą wykonuje Maryla Rodowicz. U nas, niestety, zbyt mało docenia się profilaktykę. Wciąż olbrzymie pieniądze wydaje się na leczenie już istniejących chorób. Do ideału, by wydawać 80% środków na profilaktykę, a 20% na leczenie, jeszcze nam daleko. 

 

• Jak to się stało, że tak wybitny lekarz stał się kompozytorem znanych przebojów, które śpiewała cała Polska. Jaki wykonawca oddał najwierniej nastrój pana utworów?

– Kłaniam się miastu Lublin, z którego pochodzi Piotr Szczepanik – wykonawca „Kormoranów”. Uparłem się –  wbrew woli autora tekstu, by to „student z Lublina o miękkim głosie” był wykonawcą. Mała płyta, „czwórka” z tą piosenką rozeszła się w 550 000 egzemplarzy. Dziś by to dało sporo platynowych płyt… Bardzo pięknie nagrała moją piosenkę „Jaka szkoda, że nie wcześniej” Irena Santor. Waldemar Kocoń zdobył za piosenkę „Wyznania najcichsze”, do tekstu mojej żony – Alicji, wiele laurów, a prowadzoną przez całe lata audycję radiową w Chicago rozpoczynał zawsze tą piosenką. Także nasz „Weselny walc”, śpiewany przez Ewę Śnieżankę jest czasem wykonywany w radio. Nieraz młode pary na weselach, przy dźwiękach tego walca tańczą swój pierwszy taniec. Z sentymentem wspominam też piosenkę nagraną na płyty przez Sławę Przybylską – „Nie dotykaj gwiazd”, a także wiele piosenek śpiewanych przez dr Krystynę Wieczorek i inne „gwiazdy” Teatrzyku Piosenki Lekarzy „Eskulap”, który w czasie 30 lat działalności dał społecznie 4000 koncertów, w tym podczas trzech tournee w USA i Kanadzie. Jestem dumny, że jeden mój utwór nagrał na płytę „Around the world” José Carreras wraz z orkiestrą Filharmonii Wiedeńskiej. Polski tekst „Jeżeli spotkasz na swojej drodze”, napisała Alicja, a włoski – „Senza ritorno” – Lonstar.

 

• Jest pan szczęśliwym człowiekiem, że mógł pan powiedzieć – „Mój największy sukces to moja rodzina”.

– To prawda. Staram się w życiu niczego nie zaniedbywać. Niestety… Mój zawód, Polskie Towarzystwo Lekarskie, działający aż do dnia ogłoszenia stanu wojennego „Eskulap” – to wszystko sprawiało, że byłem stale zajęty i zaniedbywałem rodzinę. To cud, że moje córki – zbyt rzadko widujące tatę, bo „jak wracałeś, to spały” – są wrażliwe i daje im radość „dawanie”, czynienie czegoś dla innych. Jedna z nich, gdy miała 5 lat spytała: – Mamo, czy ja ci mówiłam, że ja kocham wszystkich „ludziów”? – Nie. – To ja kocham. To żona Alicja poświęciła cały swój czas i ambicje zawodowe (jest absolwentką polonistyki na UW) naszym dzieciom, ja co drugi, trzeci dzień miałem dyżur, uczyłem się do specjalizacji, jeździłem w święto „zajrzeć” do chorych i miałem tysiące konsultacji, spotkań, konferencji i zebrań PTL. No cóż, medycyna jest zaborcza. Mówi o tym tekst Alicji w Pieśni Lekarzy „Floreat Res Medica”, do którego napisałem muzykę, a którą tak pięknie wykonuje Wiesław Ochman.