Diagnoza wstępna







Diagnoza wstępna

W izbie lekarskiej codziennie obserwuję, jak niektórzy lekarze ze złością komentują konieczność uregulowania zaległych składek. Dziwią się, że ktoś ośmiela się przypominać o terminach i często w niewyszukanych słowach sprzeciwiają się spłacie.

Moją składkę odprowadza szpital, w którym jestem zatrudniony, od samego początku istnienia samorządu. Dziwię się nieustannie, choć może świadczy to o mojej naiwności, że inni nie postępują tak samo. Nigdy nie przyszło mi do głowy kontestowanie regulowania należności na rzecz organizacji, która może nie w sposób doskonały, ale jednak reprezentuje interesy całego środowiska lekarskiego. W obecnej chwili nie dostrzegam innej organizacji, która byłaby w stanie skutecznie reagować i pomagać koleżankom i kolegom w ich kłopotach.

Wiem co mówię, bo od ponad piętnastu pracuję nie na rzecz mitycznego „środowiska lekarskiego”, ale rozwiązując konkretne problemy i wspierając konkretne osoby. Owe konkretne osoby mogłyby potwierdzić te słowa, o ile nowe kłopoty i zmartwienia nie zaburzyły im pamięci czy umiejętności kojarzenia faktów i oceny niezbyt odległej przeszłości.

Bez osobistego zaangażowania lekarzy działających w Izby Lekarskiej nie byłoby także możliwe wywalczenie podwyżek. A przede wszystkim niemożliwa byłaby lekarska jedność, która pozwoliła nam solidarnie odejść od łóżek pacjentów, byśmy nie byli zakładnikami swojego zawodu. Wiem, że dla wielu z nas było to bolesne doświadczenie. W pewnym momencie potrafiłem jednak głośno powiedzieć, i nie wstydzę się tego, że nadszedł czas, aby przestać dopasowywać się do ciasnej i surrealistycznej postaci Judyma. Kolejni zarządzający szantażowali nas wówczas mityczną przysięgą Hipokratesa, zapominając, że w antycznej Grecji wiedza i umiejętności lekarzy były wynagradzane godnie i sowicie.

Często słyszę opinie, iż Izba Lekarska jest po to, by załatwiać swoim członkom to, na czym im aktualnie zależy: wyższe pobory, miejsca specjalizacyjne, płatne urlopy dla celów szkoleniowych… W wielu szpitalach udało się już zrealizować przynajmniej część tych żądań. Natomiast nie udało się zebrać stu tysięcy podpisów pod projektem ustawy o minimalnej płacy dla lekarzy. Nie wierzę, że nie zależy nam, aby ta ustawa weszła w życie. Jej realizacja urzeczywistniłaby zarówno postulaty OZZL, jak i uniemożliwiłaby nikczemne wynagradzanie lekarzy, czy to w prywatnych czy w państwowych jednostkach.

Jak na razie zamiast jednobrzmiącego głosu środowiska lekarskiego częściej daje się usłyszeć pojękiwanie, że ktoś czegoś dla nich lub za nich nie załatwił. Najaktywniejsi w krytyce są ci, którzy nigdy nie podeszli do muru, aby go obalić, za to wezwania do solidarnego ponoszenia kosztów działania samorządu traktują niemalże jak atak na swoją nietykalność. Być może w ten sposób starają się we własnych sumieniach zagłuszyć wezwania do jedności.

 

 

a.ciolko@interia.pl , tel. 0 601 28 33 16