Nasza pani… doktor

Nasza pani… doktor

– Nie potrafię omijać bezdomnych zwierząt. Jak widzę jakąś tułającą się bidę, karmię, leczę, szukam przyjaznego domu albo… zostawiam u siebie – mówi Elżbieta Żurawska, lekarka ze Szpitala Neuropsychiatrycznego w Lublinie (internista i psychiatra), która wychodzi z założenia, że jak jest miejsce dla jednego psa, to znajdzie się i dla kolejnego.

W niezwykle przyjaznym domu pani doktor ciepło i opiekę znalazły w ten sposób trzy psy: Karo (który nie widzi, nie ma węchu i jest głuchy), malutka Misia i Bezuch (bo nie ma kawałka ucha), a także pięć kotów (udało się nam sfotografować tylko dwa: szylkretową Klarysę i białego w łatki Kitka).

– Wychowałam się z psami i kotami. Ich obecność, współuczestnictwo we wspólnym życiu są dla mnie całkowicie naturalne. Pewnie dlatego nie potrafię udać, że nie widzę pokaleczonego kota, którego ktoś podpalił, albo dwóch ślepych jeszcze kociąt porzuconych na cmentarzu.

Zwierzaki wdzięczne za ocalone życie doskonale się ze sobą dogadują, nie ma mowy o jakiś tarciach czy bitwach.

– Tu panuje niemal rajska harmonia – śmieje się doktor Żurawska, szefowa całej menażerii.

aa