Diagnoza wstępna

Diagnoza wstępna

Polacy jak mało kto bardzo szybko oswajają się ze zjawiskami nieznanymi przez dziesięciolecia komuny. Na przykład strajk w różnych jego odmianach – od włoskiego po okupacyjny czy absencyjny – spowszedniał do tego stopnia, że dziś nikogo nie dziwi oplakatowanie cukrowni, przychodni czy komisariatu policji, gdzie niezadowoleni pracownicy w ten właśnie sposób chcą wywalczyć dla siebie lepszą przyszłość. Kilkanaście lat temu działaczowi samorządu lekarskiego słowo „strajk” w odniesieniu do jego grupy zawodowej zwyczajnie nie przeszłoby przez zaciśnięte grozą gardło, zaś wszelkie próby organizowania lekarskich protestów, choćby w najsłuszniejszej sprawie, otwierały szerokie pole do popisu dla pseudoetyków i uzurpatorów chcących wyznaczać medykom normy ich postępowania. Minęły lata, a spora grupa ówczesnych działaczy lekarskich związków zawodowych zaczęła brać udział w pracach samorządu lekarskiego. Nikogo nie dziwi już ani tym bardziej nie oburza, że wielu ówczesnych liderów lekarskich protestów kontynuuje dzisiaj pracę swoich poprzedników w izbach lekarskich.

Są rzecznikami odpowiedzialności zawodowej, członkami rady naczelnej czy rad okręgowych. Niektórzy zostali przewodniczącymi okręgowych rad lekarskich i starają się służyć, jak mogą najlepiej, swoim kolegom.

Należę do takich właśnie ludzi jako zwykły lekarz, któremu nieobca jest radość z możliwości skutecznej pomocy choremu człowiekowi oraz dramat porażki w walce z nieubłaganie postępującą śmiertelną chorobą. Lekarz to zawód zaufania publicznego. Stanowi on dobro wszystkich obywateli, dlatego wszelkie zjawiska podważania tego zaufania i obszary, w których ulega ono redukcji, musi stanowić przyczynę reakcji samorządu sprawującego nad nim pieczę.

Byłem jednym z organizatorów lekarskich protestów przeciwko pauperyzacji naszego zawodu, poniżania nas w mediach, a wreszcie działaczem dążącym do podniesienia upokarzających lekarskich pensji. Miałem zawsze nadzieję, że po kilkuletnich doświadczeniach w buncie białych niewolników duża część z nich powstanie z kolan, by nigdy już na nie nie upaść. Tym większy niepokój budzi we mnie zjawisko niepokojąco narastające w ostatnich dniach.

Do znanych już rodakom form protestów wielu niezadowolonych grup zawodowych – oprócz strajków, urlopów na żądanie, pikiet, blokowania ciągów komunikacyjnych, budowania białych miasteczek – doszła jeszcze jedna forma. Otóż prasa, radio i telewizja przekazuje od niedawna informacje liderów związkowych, że w ramach walki o podwyżki nikczemnych wynagrodzeń pracownicy udadzą się masowo na zwolnienia lekarskie.

Po takich zapowiedziach naprawdę już nie wiadomo, czy prawa do zasiłku chorobowego nabywa się z powodu niezdolności do pracy, czy po prostu na życzenie. Mniej zorientowani współobywatele mogą powziąć mylne przeświadczenie, że wystarczy stwierdzić: idziemy masowo na zwolnienia, a lekarze lekką ręką wypiszą zaświadczenia. W dodatku media nieustannie informują nas o politykach i dyrektorach ratujących się przed utratą swoich chlebodajnych stanowisk właśnie pobytem na długotrwałych zwolnieniach lekarskich. Masowa skala tego zjawiska i jego powszechność skłania do snucia przypuszczeń, iż nie w każdym przypadku zwolnienia lekarskie są uzasadnione.

W upominaniu się o prawa i godność środowiska medycznego musimy sami dbać o nią najbardziej, a jak widać, nie zawsze tak jest. Niektórzy z lekarzy czują się oburzeni rzucanymi na nich podejrzeniami. Obruszają się, mówiąc, że nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Cóż, jest niestety przysłowie mówiące o łyżce dziegciu…

 

Andrzej Ciołko
prezes LIL

a.ciolko@interia.pl

tel. 0 601 28 33 16